KONKURS już rozstrzygnięty,

książka podpisana szczęśliwie dotarła do zwyciężczyni,

2013-05-08 10.53.15 a czwarty rozdział

Wziętego przez zaskoczenie

do poczytania na blogu, a ja…

cóż… z dwutygodniową wizytą w Polsce.

Pozdrawiam cieplutko i obiecuję popracować ciężko nad opowiadaniem!

Bawcie się dobrze, bo i ja zamierzam!:)

KONKURS

Moi kochani!

Jest trzeci rozdział 

Wziętego przez zaskoczenie 

cieszycie się? :P 

A po za tym ogłaszam KONKURS!

DO WYGRANIA BĘDZIE

MOJA DRUKOWANA KSIĄŻKA 

– I miejsce

Ile jest prawdy w prawdzie?

z autografem na życzenie.

http://akfa-dreamlandpress.blogspot.co.uk/p/moje-ebooki-ile-jest-prawdy-w-prawdzie.html 

Aby wziąć w nim udział wystarczy wymyślić dla mnie jak najciekawszy sposób na rozreklamowanie moich ebooków i ksiażek. 

Spośród biorących udział wylosuję również 

II miejsce – ebook „Ile jest prawdy w prawdzie?”

III miejsce – ebook „Pan pozna Panią... Pana” 

Czas zgłaszania propozycji i pomysłów w komentarzach to

trzy tygodnie, kiedy to ukaże się kolejny rozdział 

Wziętego przez zaskoczenie.

Zapraszam i powodzenia!

   

Walentynkowa niespodzianka

Zamiast walentynkowych życzeń mam dla was opowiadanie. Wzięło mnie całkowicie przez zaskoczenie i pisałam je przez ostatnich kilka godzin. Za wszystkie niedociągnięcia więc z góry przepraszam. Siadając do laptopa ta krótka walentynkowa historia, po prostu sama przyszła mi do głowy i już nie mogłam się jej pozbyć.
Dlatego późno, bo późno i całkiem spontanicznie, ale jest dla was!
 Mam nadzieję, że każdy z was przeżył cudowny dzień!

77. Panowie

Romantyczna dusza

 Wszystkie Prawa Zastrzeżone
AkFaLuty2013
Kolejne walentynki właśnie nadeszły. Z hukiem, hałasem i fajerwerkami. Jak to zawsze bywało już na kilka dni przed czternastym Lutego, wysypywały się z każdego sklepu i drogerii kartki, miśki i kwiaty. Serca i kupidynki wyzierały z każdego kąta. Rozchichotane dziewczyny wręcz wibrowały z podniecenia i ekscytacji, szepcąc po kątach i pokazując sobie coś w ukryciu. Subtelność jednak nie była ich mocną stroną, bo chłopacy zerkali w ich stronę udając twardzieli i potrząsając głową nad ich niepoważnym zachowaniem.
Levay nie miał nic przeciwko walentynkom. Właściwie lubił je, choć chęć dostania kartki z serduszkami czy miśka nieodmiennie wywoływało rumieńce na jego policzkach. Cóż jednak mógł poradzić na to, że był romantykiem?
Bardzo samotnym romantykiem. Kampus pulsował życiem i tłumem ludzi, a on jednak czuł się samotny jak palec. Chciał mieć kogoś, kto byłby przy nim, kto znałby go i komu by na nim zależało. Nie było to jednak takie łatwe.
Mimo iż większość studentów nie miała nic przeciwko gejom, sytuacja trochę się zmieniała w momencie w którym ktoś się decydował na związek.
Samotny gej jest okej!
Zakochany… cóż… musiał znieść swoją porcję kpin i dokuczanie.
Wyglądało to jakby ludzie byli skłonni szybciej się pogodzić z tym, że ktoś odczuwał pociąg seksualny do osoby tej samej płci, niż z tym, że na fakcie mogą się w sobie zakochać.
Seks jest okej, ale miłość jest zarezerwowana dla hetero! Gorzej, bo sporo gejów myślało podobnie, co było bardzo smutne.
Idąc przez plac pełen studentów, Levay potrząsnął głową nad własnymi przemyśleniami. Rzeczywistość wydawała się po prostu bardziej okrutna w taki piękny, choć chłodny dzień jak ten.
Zgarnął poły kurtki i poprawił plecak rozglądając się wokół. Nie bardzo miał ochotę na lunch, ale musiał czekać, aby się przekonać czy ma ostatnie zajęcia, czy nie. Mógł więc równie dobrze zostać.
Jego pokój do tej pory pewnie był pokryty grubą warstwą walentynkowych kartek i misiów. Jego współlokator Tom, był przez większość studentów uważany za „dar Boga dla kobiet” i w walentynki wydawało się, że wybuchała emocjonalna bomba. Każdy kto coś znaczył lub czegoś chciał, starał się znaleźć blisko niego w takie dni. Nie ma to jak kąpać się w blasku popularności przystojnego sportowca. Tabuny dziewczyn koczujących w pobliżu ich pokoju wzbudzały w Levayu różnorakie uczucia. Z jednej strony im się nie dziwił. Tom był metrem osiemdziesiąt mniamnuśnego mięska. Człowiek czy chciał, czy nie wyobrażał sobie różne rzeczy z nim w roli głównej. Z drugiej jednak strony nie potrafił pojąć, że one co roku łudziły się, że któraś z nich wreszcie go usidli i sprawi, że właśnie ją pokocha.
Mężczyźni jak Tom, kiedy mogli mieć wszystkich, brali wszystkich, zwłaszcza jeśli to było im na tacy podane. Plotki głosiły, że nie był ponad to, żeby zrezygnować z obciągania, jeśli jakiś chłopak mu je proponował. Levay jednak nie był wystarczająco zainteresowany, aby się dowiedzieć. Nie chciał stracić resztek szacunku dla Toma i dla tych idiotów, którzy mogliby się zgodzić na takie traktowanie.
Śmiech i radosne okrzyki zwróciły uwagę Levaya. Już praktycznie był pod drzwiami kafeterii, ale ilość ludzi zmierzających w każdym kierunku zwalniała jego tempo. Wszyscy mieli uśmiechy na twarzach, a w ramionach pluszaki i kwiaty, szczególnie dziewczyny. Chłopacy z kwiatami wydawali się czuć niekomfortowo szukając raczej gwałtownie swoich wybranek, aby wręczyć im oznakę swoich uczuć. Zawsze bawiło go to, że mężczyźni czuli się tak nieswojo, kiedy otrzymywali kwiaty. To był przecież miły gest, a kwiaty są piękne.
Młoda blondynka wpadła na niego potrącając lekko. Zaskoczony podtrzymał ją, ale zanim zdążył sformułować przeprosiny, dziewczyna z uśmiechem wręczyła mu szarego, kudłatego misia z sercem na kokardce.
– Twój Walenty poprosił, abym ci to dała, na znak jego uczuć! Chciałby kiedyś mieć szansę na to, aby cię objąć i przytulić! – zawołała chichocząc radośnie. Uciekła, zanim Levay zdołał wyjść z szoku.
Ogłupiały przez moment patrzył za znikającą wśród ludzi postacią. Jego mózg zapauzował się i za nic nie chciał ruszyć. Tylko jego ciśnienie podskoczyło gwałtownie, przyśpieszając jego puls.
Mój Walenty? Jaki? – Myślał rozgorączkowany. –Przecież nikt nawet cienia zainteresowania nim nie wykazał!
Maskotka była śliczna, ale nie miała przyczepionej żadnej notatki ani wskazówki, ułatwiającej rozpoznanie nadawcy. Serce Levaya zaczęło walić mu w piersi z zaskoczenia i ekscytacji.

Niee… nie powinien się za bardzo emocjonować. To pewnie jakiś żart jego kolegów, na brak których nie narzekał i którym będzie musiał skopać tyłek.

Mimo wszystko jego głupie serce nie wydawało się zniechęcone. Jak durny muskuł ściskało się, kiedy przytulając miśka do piersi rozglądał się dookoła, łudząc się nadzieją, że może uda mu się dojrzeć czy ktoś go obserwował.
Niestety okazało się to praktycznie nie możliwe. Zbyt wielu studentów miało właśnie przerwę na lunch. Co poniektórzy machali do niego przyjaźnie i witali się nawet, jeśli tylko w przelocie.
Lekko niepewnie, ale z głupawym uśmiechem, którego nie potrafił się pozbyć z twarzy, kupił sobie kanapkę z tuńczykiem, sok i jabłko, i usiadł przy stoliku na końcu sali. Dokładnie pół kanapki cieszył się samotnością i spokojem, dumając nad niespodziewanym, tajemniczym misiem.
Czy powinien nadać mu imię? Kto chciał mu zrobić taki żart? Czy głupie by było gdyby go zatrzymał?
Jego rozmyślenia i powolne rzucie kanapki zostało przerwane, kiedy dwóch jego przyjaciół ze śmiechem i żartami przysiadło się do jego stolika, nawet nie pytając czy potrzebuje towarzystwa. Evan, szarooki brunet z permanentnym uśmiechem, miał uwiązanego u szyi balona wypełnionego helem. Wielkie serce unosiło się jakieś pół metra nad jego głową, a czerwony napis głosił: „Kocham wszystkie kobiety”. Levay zdławił potrzebę przewrócenia oczami. Evan walczył ze swoją seksualnością najróżniejszymi sposobami i jak na razie to była przegrana walka, on jednak się nie poddawał.
Zack miał za to uwiązany u szyi pęk breloczków z walentynkowymi motywami i starannie wykaligrafowanym numerem jego telefonu na drugiej stronie. Szczupły blondyn był przyjazny i straszliwie nieśmiały, wykorzystywał więc okazję do poderwania dziewczyn, tak aby jego starania były w najgorszym wypadku poczytane za żarty i zabawę. Levay czasem miał ochotę nim potrząsnąć. Był przekonany, że Zack miałby wielkie powodzenie, gdyby nie ukrywał swojej nieśmiałości pod maską żartownisia.
– Uuu… lover boy… – zawołał Evan ze śmiechem, wskazując maskotkę siedzącą przy tacy Levaya. – Kupidyn cię dopadł? – zakpił, podkradając jabłko przyjaciela.
– Jakbyś nie wiedział, dowcipnisiu! – odparł Levay już praktycznie przekonany, że to żart przyjaciół. Musiał w sumie zacisnąć palce na butelce soku, aby nie sięgnąć po swojego misia. On naprawdę chciał go zatrzymać. – Który z was wpadł na taki absurdalny pomysł, aby mi dać maskotkę? – zapytał, podejrzliwie przyglądając się przyjaciołom.
Obaj mężczyźni spojrzeli na niego pustym wzrokiem, jakby nie pojmowali o czym mówi.
– Dostałeś Walentynkę i nie wiesz od kogo? – zapytał Zack absolutnie zaskoczony.
– Jak to nie wiem od kogo! – zdenerwował się Levay, odsuwając od siebie tacę i biorąc maskotkę do ręki. – Przecież wiem, że od was!
Obaj towarzyszący mu mężczyźni popatrzeli po sobie wzruszając ramionami, kiedy jednak spojrzeli na niego, Levayowi wydawało się, że patrzą na niego jak na wariata.
– Sorry bracie, ale nie wpadłoby nam do głowy, żeby ci robić jakieś numery. – Zaprzeczył stanowczo Evan. – Przecież wiesz, że w walentynki jedyne o czym myślimy to laski! – Wyszczerzył zęby w uśmiechu tak szerokim, że rekin mógłby się od niego wiele nauczyć. – Jakaś laska się w tobie zabujała i dała ci maskotkę, a ty się jeszcze czepiasz!
– Ha! Skąd wiesz, że dziewczyna dała mi misia? – zapytał Levay triumfalnie, spoglądając na swoich przyjaciół.
– A kto ci miał dać? – Evan spojrzał na niego zagubiony.
Levay przez sekundę rozważał czy nie trzepnąć przyjaciela w ucho. Ten facet był po prostu dobijający.
– Spodziewam się, że chłopak, zwłaszcza, że wszyscy, włącznie z tobą wiedzą, że jestem gejem! – zawołał trochę głośniej niż zamierzał, bo kilkoro studentów zwróciło na nich uwagę. Evan zaczerwienił się po korzonki włosów, zwłaszcza, że Zack parsknął śmiechem.
– Bzdury gadasz! – wymamrotał brunet opuszczając spojrzenie na kubek kawy, który trzymał w dłoni. – Nie jesteś gejem.
– Evan… nie oszukuj się w moim imieniu, wystarczy, że robisz to w swoim… – zaczął Levay z ciężkim westchnieniem, Zack jednak uznał, że czas na interwencje.
– Mówisz, że nie wiesz od kogo ta maskotka?

– Ponoć mój Walenty, chciał abym miał misia na dowód jego uczuć. Tak przynajmniej powiedziała ta dziewczyna, która mi go wręczyła, zanim zwiała. – Levay pozwolił na zmianę tematu, bo nie chciał wszczynać awantury i bezsensownej dyskusji.

– Wow, facet! I co teraz zrobisz? – zapytał podekscytowany Zack. Evan tylko zacisnął wargi.
– A co mam zrobić? Nic. – Levay wzruszył ramionami. – Przecież nawet bladego pojęcia nie mam kto to może być… Ale gdybym miał – uśmiechnął się figlarnie – chętnie bym mu się odwdzięczył.
Zach parsknął śmiechem, a Evan zachłysnął się kawą. Prowokacyjne, dwuznaczne teksty nie były w stylu Levaya, ale choć raz chciał poczuć coś ekscytującego i podniecającego.
A co było bardziej podniecające niż Tajemniczy Wielbiciel?
– Levay? – padło ciche pytanie z ust nagle stojącego przy ich stoliku wysokiego młodzieńca. Chłopak miał zawadiacko opadającą na policzek grzywkę, a niebieskie oczy błyszczały figlarnie. Samotna długa, czerwona róża tkwiła w jego dłoni. – Twój Walenty chciałby wyrazić choć w niewielkim stopniu swoje uczucia, tym skromnym kwiatem. Ma nadzieję, że kiedyś sam będzie miał szansę powiedzieć ci co czuje.
Cała siedząca trójka wlepiła spojrzenie w nieznajomego, który z lekkim ukłonem wręczył różę Levayowi i z mrugnięciem skierowanym na Evana, zniknął w mgnieniu oka.
Levay miał wrażenie, że serce wyskoczy mu gardłem. Jak idiota wlepił otępiałe spojrzenie w swoich przyjaciół, ci jednak wpatrywali się w różę oczyma wielkości spodków.
Co się do cholery dzieje? Przecież, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe!
– Czy…? – zapytał niepewnie, spoglądając na kwiat w dłoni. Płatki były aksamitne, kiedy dotknął ich opuszkiem palca. Czerwień kwiatu wręcz krwista, a zapach delikatny i oszałamiający. Cała łodyga była pozbawiona cierni.
– O tak! – potwierdził Zack z głupawym uśmieszkiem na ustach.
Evan za to siedział sztywno zaczerwieniony po nasadę włosów, jakby to on dostał różę od mężczyzny siedząc po środku kafeterii wypełnionej po brzegi.
– Dobra, spadamy – zawołał nagle się podrywając z miejsca. – Właściwie przyszliśmy powiedzieć ci, że mamy ostatnie zajęcia.
Ruszył do drzwi nawet się nie oglądając za siebie, nie czekał nawet na to, aby zobaczyć czy Levay i Zack poszli za nim.
– Facet, mam wrażenie, że Evan coraz trudniej to znosi – wymamrotał Zack, czekając aż Levay pozbędzie się resztek jedzenia i odda tacę.
– Co? – zapytał Levay przytulając różę i misia do piersi. – Chyba własną głupotę!
Jego towarzysz wzruszył ramionami nie znajdując na to dobrej odpowiedzi, za to z krzywym uśmieszkiem wskazał na skarby Levaya zaborczo przyciśnięte do jego ciała.
– Wielbiciel, hę?
– Pojęcie nie mam – przyznał Levay cicho, wpadając w krok, przy boku przyjaciela. – Ale mam nadzieję, że tak…
Kiedy jego towarzysz zaczął się śmiać, miał ochotę trzepnąć go w potylicę.
– A co jeśli okaże się brzydki? – Zack po prostu musiał dolać oliwy do ognia.
Levay otrząsnął się nagle wewnętrznie. Nie był płytkim facetem, ale miał gdzieś tam w głowie zakorzenione pragnienie, aby spotkać „księcia z bajki”. Miał wręcz nieodparte pragnienie modlić się, aby mężczyzna, który zadał sobie tyle trudu, żeby stworzyć taką romantyczną oprawę dla niego, był atrakcyjny. W jego przekonaniu na atrakcyjność składało się wiele czynników, nie tylko sam wygląd. Nie miał pojęcia jak się zachować, gdyby nie było między nimi żadnego pociągu.
O ile oczywiście to nie jest jakiś okrutny żart!
Niektórzy studenci nie byli ponad to, żeby wyciąć komuś taki głupi żart bez względu na czyjeś uczucia.
Głos lektora buczał gdzieś tam na peryferiach jego świadomości i nie przebijał się przez natłok myśli w jego głowie. Za nic nie potrafił się skoncentrować, nie żeby jakoś szczególnie się starał. Róża leżąca przed nim po prostu pochłaniała całą jego uwagę.
Żart czy prawda? Żart czy prawda? Ktoś robi sobie zabawę jego kosztem czy na fakcie coś do niego czuje? I jak się dowiedzieć?
Pod koniec zajęć miał ochotę wrzeszczeć z frustracji. Jak maniak wpatrywał się we wszystkich swoich znajomych.
Czy któryś z nich zachowywał się podejrzanie?
Dziewczyny chichocząc, zerkały na niego z ciekawością, ale nawet kiedy szeptały między sobą i tak go to nie ruszało. Męska część zaś wcale nie zwracała na niego uwagi, co przyjmował z ulgą. Nie wyobrażał sobie, żeby umawiać się z którymś ze swoich znajomych. Zresztą nie podejrzewał ich o taki romantyzm i otwartość.
Cała ta tajemniczość i romantyka wzbudzały w nim cichą nadzieję i ekscytację, ale Levay trochę się bał. Chyba by nie przeżył gdyby ktoś go wyśmiał w twarz, kiedy już po cichu zaczął sobie robić nadzieję.
Z ciężkim westchnieniem zgarnął swoje rzeczy i ruszył do swojego pokoju. Cokolwiek przyniesie popołudnie i wieczór, musiał wziąć się w garść, a nie zachowywać jak zauroczona nastolatka.
Przez moment rozglądał się za Evanem i Zack’iem, ale mężczyźni zerwali się zaraz po zajęciach i zniknęli w tłumie dziewczyn. Nie chciał spędzać popołudnia sam, ale wyglądało na to, że nie będzie miał wyboru. Wlokąc się wyminął kolejną grupkę piszczących z podniecenia dziewczyn. Przynajmniej one miały ubaw i cieszyły się z dnia.
Zazdrościł mi coraz bardziej. Chciałby choć raz spędzić romantyczny wieczór z kimś, kto choćby w pewnym stopniu był nim zainteresowany na poważnie.
Ogromne serce z czekoladek wyrosło tuż przed jego twarzą, tak że praktycznie wpadł na dziewczynę, która je trzymała. Piegowaty rudzielec z szerokim, ślicznym uśmiechem wręczył mu pudełko.
– Twój Walenty uważa, że jesteś najsłodszym chłopakiem jakiego zna i ma cichą nadzieję, że będzie miał okazję przekonać się osobiście jakie słodkie masz usta! – zawołała i odwróciła się na pięcie, żeby zniknąć. Levay nie miał jednak zamiaru stać jak idiota tym razem. Złapał ją za ramię i zatrzymał. Dziewczyna pisnęła zaskoczona.
– Kto ci to dał? – zapytał na wpół zły, na wpół z nadzieją. Nieznajoma tylko uśmiechnęła się wyrywając z uścisku.
– Ja jestem tylko kupidynem.
– Hej, nie rób mi tego! Powiedz mi od kogo to! – zawołał za nią.
– Nie mogę, nie byłoby niespodzianki!
Z pełnym irytacji westchnieniem spojrzał na bombonierkę. Była ogromna i zawierała wszystkie jego ulubione czekoladki.
Tak, lubił czekoladki, kwiatki i misie. Pozwijcie go!
Kto jednak znał go wystarczająco dobrze, aby to wiedzieć?
Żadna odpowiedz nie przychodziła mu do głowy. Po pierwsze nie ukrywał tego kim jest ani jaki jest. Po drugie ze względu na Toma, Evana i Zacka przez jego życie przewijało się bardzo wielu ludzi. Jedni byli bardziej interesujący inni mniej, ale mógłby na palcach jednej ręki wyliczyć mężczyzn, którzy wykazali nim jakiekolwiek zainteresowanie po za zwykłą sympatią.
Jedno wiedział jednak z całą pewnością. Musiał zawitać do księgarni w której widział perfekcyjny prezent dla swojego Tajemniczego Adoratora. Ściskając pod pachą czekoladki i misia, schował delikatnie różę pod kurtką. Nie darowałby sobie, gdyby coś jej się stało.  Z determinacją ruszył w poszukiwaniu swojego prezentu. Nie spodziewał się, że będzie potrzebował walentynki, ale nie oznaczało to, że nie zerknął tu czy tam. Piętnaście minut później z uśmiechem zadowolenia, ale i też uczuciem niepewności ruszył do siebie.
Korytarz akademika był zasypany konfetti w kształcie serc, a pod sufitem unosiły się balony. To mogło oznaczać tylko tyle, że była planowana impreza wieczorem. Wszyscy wydawali się wręcz nakręcać. Muzyka i śmiechy docierały do niego z różnych stron.
Dla niego zaś wraz z mijającym czasem ekscytacja zamieniała się w irytację. Po co ktoś mu zawracał głowę, jeśli nie dawał mu szansy na to, aby się przekonać kto, to był?

Tak jak przewidział pokój był wypchany po brzegi maskotkami siedzącymi na łóżku Toma, biurku i niewielkiej szafce nocnej przy łóżku. Pokój był podzielony na pół i obie strony wyglądały identycznie, z tym że po stronie Levaya było mniej rzeczy no i brak walentynek wypełniających całą powierzchnię. Pokój nie był zbyt wielki, ale obaj z Tomem dawali radę nie wchodzić sobie w paradę. Każdy bałaganił tylko po swojej stronie.

– Cześć – zawołał Tom, wchodząc do pokoju w samym ręczniku, niedbale owiniętym wokół szczupłych bioder. Woda spływała mu po karku i muskularnej piersi. Blond włosy miał gładko zaczesane do tyłu. Gdyby nie to, że Levay miał okazję napatrzeć się na swojego rozebranego współlokatora, prawdopodobnie już by się ślinił na jego widok. Ale tak jak było miał okazję przyzwyczaić się do tego widoku i nawet miał czas, aby wytłumaczyć swojemu libido, że sam przystojny wygląd nie wystarczył, aby utrzymać jego zainteresowanie.
– Cześć – odparł lekko, chwytając kubek z szafki i wypełniając go wodą wstawił do niego różę. – Nie mów mi, że planujecie imprezę na korytarzu…
– Dobra nie powiem. – Tom roześmiał się zrzucając z siebie ręcznik i nonszalancko wciągając na swoje muskularne pośladki  seksowne czarne bokserki.
Levay przewrócił oczami. Naprawdę to już zaczynało być nudne. Tom go podpuszczał, choć pewnie nie wiedziałby co począć, gdyby za którymś razem Levay zareagował.
Bez zastanowienia wrzucił plecak pod łóżko, a pudełko czekoladek schował do szuflady. Przez moment stał ściskając misia w dłoni. Co miał z nim zrobić? Po chwili zastanowienia w końcu ze wzruszeniem ramion podszedł do łóżka, aby go posadzić na poduszce. Dopiero po chwili zorientował się, że na łóżku leży zaklejona biała koperta. Gdyby nie wypisane imię Levaya nie zauważyłby jej.
Drżącą dłonią sięgnął po nią. Jeśli teraz nie okaże się kto jest nadawcą, chyba tego nie wytrzyma.
Bardziej przerażony niż podekscytowany rozdarł papier. Charakter pisma na wierzchu koperty nic mu nie mówił. Miał nadzieję, że więcej się dowie ze środka.
Kartka była urocza. Szary miś, taki jak ten, którego dostał trzymał w łapkach wielkie serce uśmiechając się do Levaya uroczo. Z sercem łopoczącym mu w gardle otwarł ją. Szaleńczo modlił się, aby to nie okazał się jakiś chory żart. Chyba by znienawidził walentynki.
„Nie znam wierszy, ani pięknych słów, którymi mógłbym wyrazić to co czuję. Jedyne co mogę, to przyznać, że pragnę, abyś dał mi szansę i mnie poznał tak naprawdę…
Zapraszam cię do siebie dziś wieczorem. Proszę, bądź moim Walentym. Jeśli zaczekasz na mnie, będzie to oznaczało, że przyjmujesz moje zaproszenie na kolacje.
Tak czy inaczej przyjdę po ciebie o siódmej.”
Levaya zamurowało tak bardzo, że mógł tylko stać i się gapić w kartkę, którą ściskał w dłoni. Był w szoku. Nie tylko na nowo obudziła się w nim nadzieja, ale i podniecenie ścisnęło jego żołądek. Pięćset różnych sytuacji i opcji przemknęło przez jego głowę. Wyobraził sobie chyba wszystko. Od absolutnego rozczarowania, kiedy któryś z jego wrednych znajomych wyśmieje mu się w twarz, po namiętną noc z nieznajomym.
– Co tam masz? – Tom zajrzał mu przez ramię, zaskakując Levaya. – Randka?
– Na to wygląda… Chyba, że to jakiś twój żart? – przyjrzał się mężczyźnie podejrzliwie. Ten jednak tylko potrząsnął głową ze śmiechem.
– Nie. Mnie randki nie interesują… nie zrobiłbym więc takiego świństwa innemu facetowi. – Tom rozłożył ręce w geście poddania. – Wiesz, że tylko twoje od lat twardo utrzymywane zasady trzymały tłumy chętnych lasek z dala od naszego pokoju? Facet gdyby nie ty, chyba nie mógłbym nawet ubrać się w spokoju.
– Na serio, nie do końca jestem pewien czy to jest powód do radości – wymamrotał Levay pod nosem.
Jeszcze do końca nie przekonany, już w duszy planował co zrobić. Miał dwie godziny, żeby się przyszykować. Z niecierpliwością wibrującą w całym jego ciele ruszył pod prysznic, w głowie planując co na siebie założy. Nie chciał wyjść na zbyt chętnego ani zdesperowanego, z drugiej strony chciał pokazać, że docenia starania swojego Adoratora.
Krytycznie obrzucił swoją sylwetkę w lustrze. Czarna koszulka z długim rękawem i ciasne jak namalowane jeansy podkreślały szczupłość jego ciała. Nie na to nie mógł poradzić, że zawsze właśnie taki był. Bez względu na to ile ćwiczył czy co jadł. Nie był zbyt wysoki, ale też nie miał o co się martwić z metrem siedemdziesiąt pięć. Włosy trochę wymknęły mu się spod kontroli, bo zawalił ostatnią wizytę u fryzjera i brązowa grzywka opadała na jego czoło. Ciemne, grube brwi odcinały się na jego jasnej cerze, tak samo jak ciemnoniebieskie oczy, ale dziewczyny zazdrościły mu rzęs. Tylko usta go denerwowały. Zawsze ciemnoczerwone i wypukłe. Wydawały mu się zbyt kobiece, często więc zaciskał je zbyt mocno. Z westchnieniem przejechał dłonią po karku.
Cóż, jeśli miał adoratora, to najwyraźniej podobał mu się taki jaki był. A przynajmniej miał wielką nadzieję, że tak było. Im więcej czasu mijało i więcej głosów przewijało się za drzwiami, zaczynał denerwować się coraz bardziej. Pokonując trzęsące się dłonie przygotował swoją walentynkę. To nie było nic wielkiego, ale przecież ponoć liczył się sam gest.
Ostatnie pół godziny przed umówionym czasem było koszmarem. Levay drżał w środku. Nie tylko nie mógł usiedzieć na miejscu, ale też nie wiedział co myśleć. Podniecenie zmieszane z niecierpliwością było wybuchową mieszanką. Jeszcze nigdy nie czuł się tak jak w tym momencie.
Jak miał zareagować? Jak się zachować? Nonszalancko i na luzie? Czy poważnie i spokojnie?
Taaa, jasne, spokojnie… jakby to było możliwe fizycznie.
Dobrze, że Tom wyszedł i nie był świadkiem jego dziecinnego, idiotycznego zachowania. Chyba umarłby z upokorzenia. W końcu to nie tak, że to była jego pierwsza randka. Ale atmosfera towarzysząca tej całej tajemniczej sytuacji nadawała jej surrealistyczności.
Z kolejnym ciężkim westchnieniem, stanął na środku pokoju i pocierając spocone dłonie, spróbował się zrelaksować. Był napięty jak struna. Nerwy po prostu go zżerały. Każdy głośniejszy trzask za drzwiami sprawiał, że podskakiwał na miejscu. Patrzenie na zegarek tylko jeszcze spowalniał czas. Musiał się opanować, bo istniała duża szansa, że zrobi z siebie idiotę, bez względu na to czy okaże się, że nie istnieje żaden Tajemniczy Wielbiciel, czy jakiś nieznajomy stanie na jego progu.
Pukanie do drzwi prawie przyprawiło go o zawał serca. Z niedowierzaniem spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze piętnaście minut, co mogło oznaczać, że pod drzwiami stał ktoś inny. Czemu nie pomyślał o tym, że może zjawić się pierwsza lepsza osoba w każdym momencie?
Z niezrozumiałą ulgą Levay otwarł drzwi, drwiąc z siebie i swojego idiotycznego zachowania w duchu.
Na progu stał jeden z przyjaciół Toma, Scott Ashton. Wysoki, muskularny blondyn z pięknym uśmiechem. Sportowiec, niekiedy towarzyszący Tomowi, ale w opinii Levaya znacznie przystojniejszy od niego. Z dłońmi wciśniętymi w tylnie kieszenie niemożliwie ciasnych jeansów, ciasnej białej koszuli i z nieśmiałym uśmiechem wpatrywał się w Levaya, jakby czekając na jego reakcję.
Levay zarumienił się pod badawczym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu. Jego wnętrzności wykonały śmieszny obrót, zmieniając całe jego ciało w lekko dygocącą galaretkę.
– Mm… cześć – wymamrotał, wymierzając sobie mentalnego klapsa, za samo pomyślenie, że facet jak Scott mógłby się nim zainteresować i mógłby być jego tajemniczą randką. – Niestety Toma już nie ma… – Wskazał dłonią pusty pokój. – Nie mam też pojęcia gdzie mógł się wybrać – dodał nieporadnie.
Scott uśmiechnął się lekko, opuszczając na chwilę spojrzenie na podłogę. Wyglądało na to, że zbierał się w sobie. W końcu z westchnieniem zrobił krok w przód i praktycznie staranował Levaya zamykając za nimi cicho drzwi.
– To się świetnie składa, że go nie ma – powiedział Scott cicho, wpatrując się w oczy Levaya poważnie. – Tylko by przeszkadzał.
Ciepły baryton zerwał w żołądku Levaya stado oszalałych z podekscytowania motyli.
Czyżby… nie? To niemożliwe. Czyli jednak żart
– Scott co cię sprowadza w takim razie? – zapytał Levay trochę ochryple, ale głównie udało mu się ukryć rozczarowanie i złość. Może jeśli będzie udawał, że nic się nie stało, Scott nie wyśmieje go całkowicie.
– Przepraszam, że zaskoczyłem cię o piętnaście minut za wcześnie, ale nie chciałem dać ci szansy, żebyś uciekł – wyjaśnił cicho mężczyzna, podchodząc, do roztrzęsionego, zaskoczonego Levaya. – Bez względu na to czy zdecydowałeś się przyjąć moje zaproszenie, czy nie, chciałem mieć okazję, aby spróbować cię przekonać…
– Ty… to znaczy ty… że… ty… – zaczął się jąkać Levay nieskorodowanie wskazując ręką za siebie na rzeczy, które dostał. Nie mógł uwierzyć w to co się działo. Miał tak wielkie zamieszanie w głowie, że praktycznie ugięły mu się kolana, kiedy znalazł się w ciepłych, silnych objęciach wyższego o kilka centymetrów mężczyzny.
– Tak to ja – przyznał Scott z nieśmiałym uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie jesteś rozczarowany…
Levay zaniemówił po raz kolejny. Emocje szarpały jego nerwami. Był jednocześnie zachwycony i przerażony.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – zawołał, wyrywając się z uścisku i stając kawałek dalej z ramionami zaplecionymi na piersi w obronnym geście. Scott ponownie wcisnął dłonie w tylne kieszenie, przestępując niespokojnie z nogi na nogę. – Oczywiście, że nie jestem rozczarowany… zszokowany chyba bardziej by pasowało. Nawet nie wiem co o tym wszystkim myśleć! Znamy się dwa lata, a ty nagle robisz mi taki numer?! – rzucił obracając się plecami do swojego towarzysza. Nie chciał, żeby wydało się jak bardzo miał nadzieję na tę randkę. Problem jednak był w tym, że Scott nigdy nawet przez sekundę nie wspomniał, że może być gejem czy choćby bi-ciekawy.
– Wszystko ci wyjaśnię, obiecuję. Tylko pozwól mi się zabrać na kolację – powiedział Scott, stając za plecami Levaya i kładą wielkie dłonie na jego ramionach. Jego usta znajdowały się tuż przy uchu mężczyzny i całe jego ciało pokryło się gęsią skórką. – Wierz mi, wszystko co czuję próbowałem ci przekazać. Teraz tylko proszę o szansę, na to, aby to udowodnić – poprosił cicho, całując delikatnie jego kark i szyję.
Przez sekundę Levay myślał, że nogi się pod nim ugną. Dwa, trzy delikatne pocałunki i wyszeptane obietnice, i jego kolana zmieniły się w gotowany makaron. Z westchnieniem, wyrzucając ostrożność na wiatr, oparł się o szeroką pierś za plecami i nieświadomie odchylił na bok głowę, aby dać lepszy dostęp gorącym ustom mężczyzny. Scott natychmiast objął go silnymi ramionami w pasie i przycisnął do siebie.
– To był najromantyczniejszy dzień w moim życiu – wymamrotał Levay, starając się trzymać choć odrobiny rozsądku, ale cała krew dość gwałtownie zaczęła spływać w dół jego ciała, zmieniając centrum dowodzenia na niewłaściwą głowę. – Mam nadzieję, że mi go nie popsujesz…
Scott roześmiał się z ulgą, przytulając go jeszcze mocniej. Wielka erekcja wbijająca się w dół kręgosłupa Levaya była nie tylko obietnicą, ale i potwierdzeniem uczuć mężczyzny. Przynajmniej tego, że pragnął Levaya.
– Teraz czeka cię najromantyczniejszy wieczór w życiu – obiecał, lekko zdyszany Scott.
Levay nie miał czasu pozbierać się do kupy, a już jechał do mieszkania Scotta. Wraz z młodszym bratem Rossem i jego dziewczyną Caren wynajmowali apartament tuż po za kampusem. Levay nigdy nie miał okazji tam być, ale też nie przyjaźnił się ze Scottem jakoś szczególnie. Niekiedy spotykali się, kiedy Scott odwiedzał Toma, ale Levayowi wydawało się, że mężczyzna nie przepadał za tłumami i raczej unikał imprez w których gustował Tom, widywali się więc czasem w pokoju Levaya spędzając razem trochę czasu przy piwie i pizzy, kiedy Tom w końcu decydował się na wzięcie za naukę.
Apartament był przystosowany do życia dla kilku studentów. Główne pomieszczenie było salonem, aneksem kuchennym i jadalnią. Wielka kanapa stała zwrócona w stronę dużego telewizora zawieszonego na ścianie, a pod spodem znajdował się Xbox i kilka joysticków.
Pod jedną ze ścian stał stół z sześcioma lekko zużytymi krzesłami, a po lewej od wejścia znajdowała się kuchnia, która wydawała się być wyposażona w same użyteczne urządzenia. Na około pomieszczenia znajdowały się cztery pary drzwi.
– Witaj w naszym małym królestwie – zawołał Scott wciągając go za rękę do środka. Otoczył wnętrze machnięciem ręki. – Jak widać tutaj znajduje się nasze centrum dowodzenia. Pierwsze drzwi należą do Rossa i Caren, drugie to łazienka i dzięki Bogu, że rozdziela nasze pokoje, a następne drzwi są moje. Na końcu jest pokój, który należał do Caren… zanim zakochała się na zabój w moim bracie… – Pokręcił głową z trochę złośliwym uśmiechem, jakby nie pojmował jak to się mogło stać.
– Nieźle – przyznał Levay, rozglądając się uważnie. Mimo, że nadal czuł się nieswojo postanowił się bawić tak dobrze, jak to tylko będzie możliwe. Kiedy nadarzy mu się druga taka okazja, nawet nie chciał zgadywać. – Chyba ci nawet zazdroszczę. Chciałbym mieć taki spokój i swobodę.
Pomieszczenie było posprzątane, ale na regale znajdującym się pod jedną ze ścian znajdowało się wszystko. Książki, bibeloty, zdjęcia i drobiazgi. Dwa ogromne fotele stały z boku, z małym stoliczkiem poznaczonym śladami od kubków kawy, między nimi.
– Rozgość się – zaprosił go szarmancko do stołu Scott. – Mam nadzieję, że ci będzie smakowało. Ja włączę muzykę. – Sekundę później z radia cicho popłynęły walentynkowe przeboje.
Na wierzchu stołu znajdowały się zwykłe białe serwetki i dwa nakrycia, znajdujące się naprzeciwko siebie. Nieopodal stały małe niezapalone grube świeczki w białym i czerwonym kolorze. Levay pociągnął nosem prawie jęcząc z zachwytu. Wspaniały zapach spaghetti sprawił, że ślinka napłynęła mu do ust.  Scott nucąc cicho uwijał się po kuchni. Jego seksowny tyłeczek podrygiwał do taktu, kiedy szykował jedzenie. Oczy Levaya nie mogły się oderwać od tego cudu. Palce praktycznie świerzbiły go, żeby podejść do mężczyzny i objęć te idealne półkule. Nadal nie potrafił uwierzyć, że tutaj był.
Wielka salaterka parującego spaghetti znalazła się na stole, a zaraz za nią sałata i czosnkowe pieczywo.
– Częstuj się – zawołał Scott wracając ze szklankami, kieliszkami, wodą i czerwonym winem. – Zapewniam cię, że głód jest najlepszym kucharzem i bardzo szybko wraz z bratem nauczyliśmy się gotować. Rozstanie z kuchnią mamy okazało się bowiem bardzo bolesne.
– Nawet mi nie mów. Nie udało mi się jeszcze znaleźć niczego co byłoby choć namiastką tego do czego byłem przyzwyczajony w domu. – Praktycznie jęknął zabierając się za jedzenie. Danie było po prostu boskie. Od nieudanego lunchu minęły godziny i teraz wręcz z rozkoszą zajął się jedzeniem. – Mmmm… pyszne…
– Dzięki – wymamrotał Scott lekko rumieniąc się. – Za nas! – Wzniósł toast z nadzieją parząc na Levaya.
– Za nas! – odparł Levay z równie wielką nadzieją.
Reszta posiłku minęła im niemal w ciszy. Myśli Levaya kotłowały się w jego głowie i nawet nie wiedział od czego zacząć. Scott po za wielkimi uśmiechami posyłanymi w jego kierunku, nie mówił nic.
– Dziękuję – wysapał w końcu objedzony Levay, odsuwając od siebie pusty talerz. Czerwone wino, które zaserwował Scott pasowało idealnie i był to miły akcent kolacji. Levay cieszył się z miłej odmiany, bo zazwyczaj pił piwo. Tym razem jednak chciał, aby wieczór był szczególny i inny. Chciał mieć miłe wspomnienia, bez względu na to jak się zakończy. – Pomóc ci ze sprzątaniem? – zapytał podrywając się z miejsca.
– Wystarczy, że zaniesiemy naczynia do kuchni – powiedział Scott, łapiąc go za rękę. – Mam lepsze plany na resztę wieczoru, niż zmywanie – wyszeptał, całując lekko policzek Levaya.
Cała krew uderzyła mężczyźnie do głowy. W oczach Scotta błyszczała taka namiętność, że wręcz onieśmielała Levaya. Z drżącym uśmiechem odwzajemnił pocałunek.
– Dziękuję za pyszną kolację – wymamrotał, patrząc mu w oczy i ściskając lekko ciepłą dłoń obejmującą ciasno jego palce.
– Wierz mi skarbie, cała przyjemność po mojej stronie.
Zapewnienie Scotta wywołało kolejne turbulencje w jego ciele. Jak zagubiony szczeniaczek, powędrował za mężczyzną do kuchni, wynosząc puste talerze.
– Napijesz się piwa? – Scott uwinął się ze sprzątaniem i zapalając w kilku strategicznych miejscach świece, pociągnął Levaya na sofę.
– Może za chwilę. – Levay otrząsnął się  wreszcie ze stuporu i łapiąc Scotta za biodra zatrzymał tuz przed sobą. – Moja walentynka niestety nie umywa się do twojej, ale mam nadzieję, że choć w części wyrazi to, jak bardzo doceniam twoje starania.
– Nie musiałeś… – zaprotestował Scott, nie mniej jednak przyjął małą książeczkę z karnetami.
– Musiałem, choć nie dałeś mi szans… – wymamrotał Levay, przyglądając się uważniej reakcji swojego przyjaciela. Twarz Scotta rozjaśniała się z każdą przewróconą kartką.
– „Karnet na pocałunek, zawsze i wszędzie”, „Karnet na taniec, zawsze i wszędzie”, „Karnet na spełnienie jednego życzenia” i dwa in blanco! – Wielki uśmiech wypłynął na usta Scotta. Z całych sił przytulił do siebie Levaya praktycznie odbierając mu dech. – To idealny prezent! – zawołał obcałowując mu całą twarz.
– Nie tak przemyślany jak twój – wykrztusił Levay, odwzajemniając objęcia. – Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, choć nadal jestem w szoku…
Scott zwolnił lekko uścisk i spoglądając w oczy Levayowi wyznał cicho:
– Wiem, że musiałeś przeżyć nie mały szok, ale chciałem wywrzeć na tobie wrażenie. Zawsze byłeś taki opanowany i obojętny – powiedział ze wzruszeniem ramion i niepewną miną –  że nie łatwo mi było nazbierać odwagi, aby zaproponować ci randkę. Kiedy w końcu się zdecydowałem, postanowiłem wyrazić wszystkie swoje uczucia na raz. Pragnę, abyś zawsze znajdował się w moich objęciach, chcę cię przekonać o swoich uczuciach i całować twoje kuszące, słodkie usta. Mam też nadzieję, że będziesz spędzał ze mną cały swój wolny czas…
– Wow! – W głowie Levaya zawirowało z emocji i podniecenia. Obrazy, które stworzyły słowa Scotta w jego głowie, były oszałamiające. – Wierz mi Scott, wywarłeś na mnie całe mnóstwo wrażeń – przyznał ledwie kryjąc ekscytację.
– Czy mogę użyć mój karnet? – wymamrotał Scott z ustami praktycznie stykającymi się z wargami Levaya. Sam oddech owiewający jego usta był podniecający.
– Tak! Boże, jak najbardziej tak!
Reszta utonęła w pocałunku podkurczającym palce Levaya z rozkoszy. Scott wydawał się niezaspokojony penetrując jego usta jak wygłodniały. Zabierał mu dech i zalewał ciało podnieceniem. Jego sprytny, giętki język pieścił go z wprawą i natarczywością, odbierającą mu całą wolną wole. Wielkie dłonie wplecione w jego włosy tylko jeszcze potęgowały doznania. Czuł się jednocześnie zdobyty i uwięziony. Problem jednak był taki, że nie chciałby się uwolnić nawet gdyby mógł. Całym ciałem przylgnął do potężnego ciała Scotta podniecając się samą siłą, która emanowała z mężczyzny. Wolno i równie skrupulatnie odpowiadał na pocałunek, pomrukując z przyjemności. Sama pieszczota ich warg rozpalała w jego ciele płomień. Krew pulsowała w jego głowie i pompowała niezliczone jej ilości do jego obrzmiałego, sztywnego członka. Podobne twarde wzniesienie w jeansach Scotta wręcz go oszołamiało. Miał ochotę wsunąć tam, rękę, ale nie miał odwagi. Z całych sił więc objął mężczyznę za szyję i przytulił się do niego z całych sił. Scott jęknął głośno, jeszcze pogłębiając pocałunek. Jego język nie dawał odporu, kusząc Levaya i zapraszając go do gonitwy. Oddech  w końcu stał się koniecznością, bo w głowie Levaya zaczęło wirować i obawiał się, że nogi dłużej go nie utrzymają.
Z drżącym, niepewnym śmiechem pociągnął Scotta na kanapę. Obaj usiedli ciężko, a Scott objął jego pas silnym ramieniem i przytulił do swojego boku.
– Czy mogę użyć swoje życzenie? – zapytał lekko trzęsącym się głosem.
Levay spojrzał na niego uważnie, zachwycony zarumienionymi policzkami Scotta i czerwonymi opuchniętymi od pocałunków wargami. Miał ochotę wznowić ich cudowny pocałunek, ale postanowił zaczekać. Inaczej za pięć minut rzuci faceta na kanapę i zedrze z niego ubranie.
– Oczywiście, że możesz… ale nie musisz – powiedział wolno. – Wystarczy, że powiesz czego pragniesz, a wątpię, abym dał radę ci czegokolwiek odmówić.
Scott jęknął z trudem tłumionego podniecenia.
– Skarbie, proszę cię, chcę, aby to był bardzo romantyczny wieczór – wymamrotał przez ciasno zagryzione zęby. – Kiedy jednak składasz mi takie obietnice, to wszystkie moje dobre chęci spływają do mojego krocza.
Chichocząc cicho Levay ucałował niewinnie swojego mężczyznę.
– Będę grzeczny – obiecał, choć w jego umyśle już formowały się dzikie plany. – Ja też nie chcę, aby ten wieczór skończył się zbyt szybko.
– W takim razie chciałbym zabrać cię na imprezę, którą organizuje Tom z chłopakami. – Zanim Levay zdołał zaprotestować, Scott spojrzał na niego błagalnie. – Jeden taniec i reszta wieczoru należy do ciebie. Zrobimy co zechcesz…
 Tym razem to Levay jęknął męczenniczo, niezbyt dyskretnie poprawiając swój oczywisty wzwód, w morderczo ciasnych spodniach.
– Jak będziesz karmił moją wyobraźnię takimi obietnicami, to możesz zapomnieć o wyjściu, bo z miejsca przejdziemy do drugiego etapu, twojego planu… – Pochylił się do przodu całując uśmiechniętego Scotta.
Chwilę później poczuł dwie wielkie dłonie na swoich pośladkach, przyciskające całe jego ciało do gorącego ciała mężczyzny pod nim. Kiedy i jak znalazł się na leżącym Scott’cie, nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że przyjemność promieniująca z jego krocza, wciskanego w nabrzmiałe krocze Scotta, ogłupiała go. Zatracił się w ułamku sekundy w smaku i zapachu swojego kochanka. Miał ochotę zerwać koszulę, stojącą na jego drodze i wtulić się w szeroką pieś, liżąc każdy odsłonięty kawałek skóry. Język Scotta poruszał się jego ustach w rytm bioder, które tańczyły pod nim, podniecając go po za granice możliwości. Wilgoć sącząca się z jego członka zaczęła wsiąkać w jego bokserki i Levay otrząsnął się z rozkosznego stuporu. Jeszcze chwile i nie będzie mógł wyjść, bez robienia sobie obciachu.
– Hhmmm… Scott…?
– Wiem, wiem… wychodzimy… – odmruknął mężczyzna obejmując go z całych sił i wtulając twarz w szyję Levaya. Jednym obrotem obaj znaleźli się na boku, twarzą w twarz. – Jeszcze chwila i zmieniłbym zdanie co do wyjścia…

– Jeszcze chwila i nie byłbym w stanie wyjść – skontrował Levay. wsuwając dłoń za pas nisko opadających spodni opiętych na imponującym członku i wyciągając śliskie, i błyszczące palce. Nozdrza Scotta rozszerzyły się nagle, kiedy wchłonął zapach podniecenia swojego towarzysza. Bez mrugnięcia okiem czy słowa ostrzeżenia oblizał kuszące palce, wsysając je głęboko do gorących, wilgotnych ust.

– O mój Boże! – głuchy jęk podniecenia wyrwał się z ust zaskoczonego Levaya. Nic bardziej podniecającego nie spotkało go nigdy wcześniej. Jego penis z sympatią i zazdrością zapulsował, domagając podobnego traktowania jak otrzymywały jego palce. Łapczywe ssanie odbijało się echem w całym jego ciele. – Jeśli nie przestaniesz w tym momencie, możesz zapomnieć o tym, że gdziekolwiek wychodzimy! – ostrzegł, choć z rozczarowaniem. Miał ochotę zaprotestować, kiedy uśmiechnięty, zadowolony z siebie Scott, cmoknął go w usta i poderwał się z kanapy.
Dużo wolniej usiadł Levay, jakby obolały wewnątrz. Kuszący wzgórek tuż przez jego wygłodniałym wzorkiem zdecydowanie nie pomagał.
– Dobra, wychodzimy – zawołał, zmierzając z determinacją do drzwi – jeśli nie chcesz się znaleźć po jądra głęboko w moich ustach w ciągu najbliższych sekund.
Długi, przeciągły, zbolały jęk doleciał go, zanim zamknęły się za nim drzwi. Moment później zarumieniony, pobrzękujący kluczami Scott wypadł jak burza. Jego piękne oczy błyszczały podejrzanie, a wielki uśmiech nie schodził z ust.
– Te twoje seksowne usta, to czysty grzech – powiedział, pochylając się na siedzeniu, aby skraść pocałunek. – Sama myśl o nich przyprawia mnie o permanentny wzwód.
– Bardzo dobrze – odparł nonszalancko Levay, w duszy wrzeszcząc z zachwytu i tańcząc dziki taniec.
Tak jak się spodziewał impreza Toma jak zwykle odbywała się na trzech kondygnacjach akademika. Wszystkie korytarze były wypełnione studentami. Wszędzie oczywiście dominował motyw walentynek. Scott bez wahania ujął dłoń Levaya i zaczął się przedzierać prze tłum. Co rusz, ktoś ich zaczepiał i witał, oni jednak zmierzali najwyraźniej do pokoju Levaya. Muzyka pulsowała z różnych pomieszczeń, a w jego pokoju wręcz buzowała. Tom stał oparty o framugę z papierowym kubkiem w dłoni z wianuszkiem dziewczyn go otaczających. Wszyscy jego koledzy stali w pobliżu, a małe grupki snuły się to w jedną to w drugą. Scott dojrzał swoich przyjaciół w tym samym momencie co Levay spostrzegł Evana i Zacka. Obaj zamachali w tym samym momencie i zaczęli się śmiać, kiedy dostrzegli gest.
– Levay poznaj moich kupidynów. – Scott wskazał na bliżej stojącą grupkę. Obejmując go w pasie i przyciskając do siebie, przedstawił kolejno osoby, który wcześniej dostarczały prezentów. – To moja przyszła bratowa Caren, to mój przyjaciel Warren, a to moja przyjaciółka Tess. Bez nich bym sobie nie poradził.
Cała trójka przywitała się przyjaźnie z Levayem, śmiejąc się trochę na widok jego intensywnych rumieńców.
– Nie mogliśmy nie pomóc. To był najromantyczniejszy pomysł w jakim brałam udział – Tess zaklaskała z podekscytowania.
– I po mimo mojego sceptyzmu, musze przyznać, że widać, że się powiódł – dodała Caren z figlarnym uśmiechem.
Warren zaplótł ramiona na piersi i mruknął.
– Teraz będzie diabelsko trudno, aby go przebić – przyznał, wbijając spojrzenie ponad ramieniem Levaya. – Mam rok, aby z czymś wyskoczyć.
Scott i Levay obejrzeli się jak na komendę śledząc spojrzenie ich przystojnego towarzysza. Zaskoczony Levay jęknął wewnętrznie. Jego nowy znajomy wpatrywał się najwyraźniej w Evana, który stał tuż nieopodal z miną jakby go ktoś zdzielił w twarz. Zack z głupkowatym uśmiechem za to lustrował jego i Scotta.
Niezręcznie, z gulą w gardle zwrócił się do swoich przyjaciół.
– Zack, widzę, że pozbyłeś się prawie wszystkich breloczków.
Mężczyzna podszedł bliżej ciągnąc za sobą Evana.
– No co ty – wymamrotał półgębkiem – większość schowałem, żeby laski myślały, że mam takie branie…
Dziewczyny roześmiały się, choć miały przecież nie podsłuchiwać. Sekundę później Zack stał między nimi, szarmancko się przedstawiając.
Evan za to patrzył na Levaya jakby chciał go uderzyć.
– Mógłbyś się nie obnosić z… z swoja głupotą. Gadanie, że jesteś gejem to jedno, ale afiszowanie się, to już całkiem co innego! – wysyczał przez zęby.
Ciśnienie obu mężczyzn podskoczyło, ale Levay powstrzymał Scotta zanim miał czas zainterweniować. Uważał Evana za swojego przyjaciela, bo był dobrym, zabawnym człowiekiem. Były jednak pewne granice, których nie zamierzał przekraczać nawet dla niego. Z premedytacją patrząc w oczy Evana, objął Scotta i przytulił do sobie. Mężczyzna bez protestu wtulił się w niego.
– Możesz się oszukiwać, jeśli chcesz. To twoje życie – powiedział na tyle głośno, aby było go słychać ponad muzyką, ale nie wystarczająco głośno, aby zwrócić uwagę ludzi z poza otaczającego ich kręgu. – Ja jednak się nie wstydzę tego kim jestem. I mylisz się. Nie chodzi o to, aby wrzeszczeć na każdym kroku „jestem gejem!”, chodzi o to, aby się nie wstydzić, kiedy ludzie patrzą ci w oczy i z podniesioną głową przyznawać „tak, jestem gejem”.
Bez słowa, z zaciętą miną Evan odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Serce Levaya kroiło mu się z żalu, ale nie mógł udawać dla nikogo. Wyautował się w wieku osiemnastu lat, bo zawsze uważał, że ma prawdo do bycia sobą. Nie zamierzał dać się zamknąć w szafie nikomu.
– Wnoszę, że twój przyjaciel ma lekki problem z wyjściem z szafy? – zauważył zadumany Warren. Zamyślonym spojrzeniem odprowadzał wzrokiem sztywną, oddalającą się sylwetkę.
Zack roześmiał się sucho.
– Jego szafa ma szafę. – Potrząsnął głową ze smutkiem. – On jest tak głęboko schowany, że drzwi po drugiej stronie otwierają się pewno na Narnię.
– Mhm… – Było wszystkim co padło z ust Warrena. Sekundę później zniknął machając im na pożegnanie.
– Scott! – Wołanie Toma zwróciło uwagę wszystkich i przerwało rozmowę. – Przyłączysz się? – zapytał, wskazując kubek w dłoni. Szybkim spojrzeniem zlustrował raczej zaborcze objęcia w jakich znajdowali się Scott i Levay. – Na serio? – zapytał z niedowierzaniem.
Levay automatycznie się spiął wewnętrznie, Scott jednak tylko się roześmiał i całując jego szyję, objął jeszcze mocniej.
– Na serio – odkrzyknął. – Powinieneś spróbować sam.
Mężczyzna pokręcił głową, obejmując dwie swoje towarzyszki ramionami.
– Mowy nie ma. Nie mam ochoty na kajdanki! – Pocałował każdą z dziewczyn w policzek. – To jak pijecie czy nie?
– Sorry, ale mam obiecany taniec – Scott bez ceregieli zaciągnął Levaya do jego pokoju i dołączył do kilkorga podskakujących par. Mocno obejmując go obrócił swojego partnera tak, że znajdował się wsparty o niego plecami. Dopiero po kilku próbach zaczęli poruszać się w sposób, który choć w namiastce przypominał taniec.
– Żałuję, że wyciągnąłem cię tutaj, wolałbym tańczyć z tobą w objęciach w zaciszu mojego mieszkania, ale chciałem, abyś poznał moich przyjaciół – wymamrotał w ucho Levaya, trąc swoja budzącą się do życia erekcją o jego pośladki. – No i oczywiście chciałem się pochwalić tobą.
Levay spojrzał ponad ramieniem.
– Wybaczam ci tylko dlatego, że nie boisz się kajdanek – powiedział z prowokacją. Wielki szeroki uśmiech wypłynął na usta Scotta.
– Skarbie, już mam pomysł na kolejne walentynki!
– Dobrze. W nagrodę, możesz mnie wziąć do domu i sprawdzić mój nieistniejący odruch dławienia[i]
Levay nie miał okazji z nikim się pożegnać, tak szybko znaleźli się w samochodzie Scotta.
Podniecony i rozentuzjazmowany miał zamiar przeżyć najbardziej romantyczną noc w życiu…

[i] Gag reflex
                                                                              AkFa
 Nie roszczę sobie praw autorskich do wykorzystanego obrazka.

Bonus świąteczny

Zapraszam na mały bonus. Niewielkie preludium do części trzeciej

Świąt jak z obrazka.

stroik

Zaskoczenie poderwało Jaysona na miejscu. Nie zdołał zareagować, a wielkie ciało Mike’a już przygniatało go do łóżka. Sekundę później gorące usta miażdżące mu wargi wyssały całe powietrze z jego płuc. Nie zamierzał się opierać. Nie dałby rady nawet gdyby wielkie, gorące ciało nie przypierało go rozkosznie do jego własnego materaca. Samo pragnienie go powstrzymywało skutecznie. Desperacja przebijała z każdego pocałunku znaczącego jego usta, policzki i szyję. Mógł tylko odpowiadać najlepiej jak potrafił, dotykiem i pieszczotami. Ciśnienie praktycznie dudniło mu w uszach, a cała krew pognała w dół jego ciała do szybko sztywniejącego penisa. Rozsunął uda i pozwolił się wsunąć między nie szerokim biodrom kochanka. Dwie warstwy materiału były czystą torturą dla ich twardych już niczym stal członków.

Z sapnięciem wygiął się w łuk gdy ostre zęby Michael’a zacisnęły się na jego obojczyku. Gorący język moment później pieszczący to miejsce wyrwał mu jęk rozkoszy. W głowie wirowało mu z podniecenia i zaskoczenia. Nie spodziewał się tego erotycznego ataku, ale też nie mógł wyobrazić sobie przyjemniejszej niespodzianki. Wplótł dłonie w blond włosy Mike’a i obsypał jego lekko szorstkie policzki deszczem pocałunków. Uległ jednak wkrótce własnemu pragnieniu i wessał się w opuchnięte usta mężczyzny. Kiedy płuca w końcu zaprotestowały z braku tlenu, niechętnie, z żalem oderwał się na moment, spoglądając uważnie w zamglone oczy przyjaciela.

– Mmmm… dzień zajebiście dobry tobie też skarbie – wymamrotał z uśmiechem, lekko całując zarumienione nagle policzki Mike’a. Mężczyzna po chwili wahania zamiast odpowiedzi znów go pocałował. I znów, i znów. Z niemniejszą desperacją niż poprzednio. Jayson płonął od środka. Pragnął aż do utraty tchu, ale w sercu czuł zakradający się powoli lodowaty strach. Coś musiało się stać. – Mmm… Mike… – wysapał między pocałunkami, starając się oderwać swoje myśli od błądzących po jego ciele rąk i śliskiego języka. – Wszystko w porządku? – zapytał zdając sobie natychmiast sprawę z tego, że nie mogło być w porządku. – Wybacz, że cała moja krew w tej chwili skumulowała się w moim kroczu… ale jeśli chcesz pogadać… – Pocałunki sypały się na każdy odsłonięty skrawek ich skóry nie ułatwiając mu wcale myślenia, starał się jednak być rozsądny. – …to…

– Nie! – Mężczyzna potrząsnął głową z desperacją, spoglądając mu w oczy przelotnie. Jego powieki były lekko zaczerwienione i serce Jay’a podskoczyło mu do gardła. Mike jednak nie dał mu czasu na pytania, wcisnął się całym ciałem w niego i objął z desperacją, wtulając twarz w jego szyję. Gorący oddech na skórze praktycznie parzył. – Nie chcę… – zawahał się, szepcząc w końcu. – Czy możemy nie rozmawiać o tym teraz?

– Cokolwiek zechcesz skarbie – Jay pogłaskał jego jedwabiste głosy, starając się brzmieć uspakajająco, choć czuł jak całe jego ciało spina się wewnętrznie.

– Czy możemy się kochać? – Mike odetchnął z ulgą, znów wolno liżąc wrażliwe miejsce za jego uchem. Dreszcz wstrząsnął nim, obsypując mu całą pierś gęsią skórką. Nawet jego sutki stwardniały w ułamku sekundy.

Och, definitywnie mogli się kochać… właściwie biorąc pod uwagę fakt jakie ciśnienie buzowało w jego jądrach, było wręcz koniecznością.

– Cokolwiek zechcesz skarbie – znów odpowiedział, dumny, że w ogóle może skonstruować jedno spójne zdanie. Zresztą to była prawda. Dałby i zrobiłby dla Mike’a w tym momencie wszystko. Jego ciało wolno tańczyło pod delikatnym atakiem rąk i ust Michaela. Obaj dyszeli.  Ubrania dręczyły ich rozgrzane, spocone ciała.

– Czy… czy… możesz… – Michael oparł czoło na jego patrząc mu w oczy głęboko. Głos mu zadrżał, praktycznie utknął w zaciśniętym gardle. Jayson czuł, że i jemu samemu zaciska się niewidzialna pięść na tchawicy. Zaczynało mu za bardzo zależeć na tym człowieku i zimny strach go oblatywał. Za późno jednak było na odwrót. Nie było co się oszukiwać. – Czy możesz sprawić, że…? – wyszeptał błagalnie, patrząc w oczy Jaysona z rozpaczą. – … że zapomnę? – wydukał w końcu, choć Jay wiedział, był wręcz śmiertelnie pewny, że miał na myśli coś innego.

Czy mógłbyś sprawić, że uwierzę, że to wszystko jest warte bólu…?

Problem był w tym, że sam czasem nie wiedział. Nie zamierzał jednak odbierać przyjacielowi nadziei.

– Do góry – powiedział, ciągnąc za koszule Michael’a. – Chcę się dobrać do twojego cudownego ciałka! – zażądał z błyskiem w oku.

Szamocząc się i całując, ciągnąc za ubrania, włosy, dotykając w każdy możliwy sposób wyłaniających się, odsłoniętych części ciała,  leżeli rozebrani do bokserek w kilka minut. Ich dłonie sunęły wolno po obnażonej, wystawionej na pieszczoty skórze. Lgnęli do siebie, kiedy całując mokre ślady na piersi i szyi Jaysona, Mike prześladował jego najwrażliwsze miejsca. Małe brązowe sutki stojąc w pełnej atencji, spragnione dotyku wciskały się w pierś kochanka. Iskry przyjemności sypały się po ich skórze. Michael jednak nie spieszył się dręcząc go i doprowadzając do obłędu. Ssał i lizał. Zębami znaczył ciało. Małe czerwone ślady zostawały wszędzie gdzie jego głodne usta dobierały się do niestawiającego oporu Jaya. On sam, jedyne co mógł to poddać się. Jęczeć i prosić o litość. Jego mózg odmawiał współpracy, jego ciało płonęło. Miał ochotę błagać o więcej…

Ale nie musiał. Mike doskonale wiedział jak grać na jego emocjach i potrzebach. Dłońmi ugniatał jego ramiona, biodra i pośladki. Badał ich sprężystość i twardość. Masował napięte z potrzeby węzły. Powtórnie wsuwając się między nagie teraz uda Jay’a pocierał ciemne włoski, znów osypując mu siało dreszczami rozkoszy.

Jay wypchnął biodra do góry, spragniony i napalony. Jego członek nadal uwięziony w przesączonej teraz bieliźnie praktycznie łkał z rozpaczy. Za najlżejszą pieszczotę czy dotyk oddałby wszystko w tym momencie. Usta Mike jednak dawały dość zajęcia jego skołatanej głowie, by nie mógł skutecznie wyrazić swoich potrzeb.

Mężczyzna jednak najwyraźniej czytał z jego ciała jak z otwartej księgi. Każde drżenie, każde wyrzucenie bioder i jęk spijał wargami, i pieszczotami. Wolno liżąc całą szerokością języka zsunął się wzdłuż jego szyi, naprężonej piersi i gorącej skóry drgającego brzucha. Bez pośpiechu mocząc małe kręte włoski w drodze między pępkiem, a wzwiedzionym penisem. Jay był gotów błagać.

Nie zdążył.

Mike szybkim, zdecydowanym ruchem zsunął mu bokserki wzdłuż nóg i znów wpasował się między uda. Jayson zachłysnął się na pierwszy kontakt rozpalonych, wilgotnych ust mężczyzny z czubkiem jego przekrwionego, śliskiego członka.

– Och! Oooch… tak… Mike! – Bez opanowania, jak nastolatek nie władający swoim ciałem, zaczął się wić pod odbierającą mu rozum pieszczotą. Płomienie lizały mu uda i jądra. Ciasne wejście drgało z potrzeby. Wyobraźnia zalewała obrazami tak kuszącymi i słodkimi, że miał ochotę szlochać z niecierpliwości.

– Mmmm… cudownie smakujesz – wymamrotał jakby zaskoczony Michael na sekundę odrywając usta od pulsującego czubka. Szybko jednak zainteresowały go kolejne przezroczyste krople zbierające się na wierzchu. Językiem obwiódł cały kapelusz, torturująco wolno i z głodem, po czym wbił czubek języka w małą szczelinę na szczycie.

Jay zawył z paraliżującej go przyjemności.

– Mike, Mike, Mike oooch… proszę! Och… tak… ach, proszę! – mamrotał sam nie wiedząc czego chciał. Ciepła, wielka dłoń szczelnie obejmująca mu jądra odebrała mu nawet tę odrobinę oddechu, jaka mu pozostała, aby błagać.

– Pracuję na czystym instynkcie – Michael wysapał z szerokim, zadowolonym uśmiechem, po tym jak z głośnym siorbnięciem oderwał usta od napiętej, pulsującej żyły oplatającej sinoczerwony penis Jaya. – Mam nadzieję, że mi dobrze idzie… – Radośnie i z entuzjazmem znów zaczął ssać tak wiele wezbranego ciała, jak tylko udało mu się wepchnąć w usta bez zadławienia. Głowa Jaysona prawie eksplodowała z rozkoszy.

– Tak, Boże! Tak… Wręcz za dobrze! Aaach… – Bez pardonu rozłożył uda tak szeroko jak to było możliwe i jak napalony bezwstydnik poruszał biodrami, aby wyżebrać kolejny dotyk i muśnięcie. Michael jednak potraktował to jak zaproszenie do eksploracji. Podany niczym główne danie na uczcie wyuzdanych był kąskiem nie do pogardzenia. Jego moszna, jądra, skurczone teraz z przyjemności i podniecenia, a także delikatna, aromatyczna dolina rozdzielająca jego pośladki, znalazła się pod gradem liźnięć i pocałunków. Ślina spływała po jego rozognionej skórze. Nerwy płonęły pocierane, wibrowały pobudzone. Kiedy jednak parzące wargi Mike’a przywarły do jego pomarszczonego wejścia ssąc i przygryzając, Jay zaczął obawiać się, że eksploduje nawet nie dotykając członka. Ekstaza oscylowała w nim całym, wstrząsając nim i odurzając.

Szybko wyciągnął z pod poduszki tubkę żelu nawilżającego i ciągnąc niezbyt delikatnie za włosy blondyna oderwał od siebie łakome, żarłoczne wargi, prawie łkając nad stratą.

 – Skarbie… mmm… pragnę cię. Błagam, już nie mogę czekać. – Wręczył lekko oszołomionemu kochankowi żel, patrząc na niego jak zahipnotyzowany, gdy ten oblizał czerwone, napuchnięte usta, jakby delektował się smakiem. Miał ochotę wciągnąć go na siebie i zacałować do utraty świadomości.

Michael nie był głupcem. Nie zamierzał się pytać czy był pewien. Szybko i zdecydowanie rozepchnął uda Jaya na boki barkami, i rozcierając zimną substancję w palcach, aby trochę się ogrzała, nadal całował napiętą skórę jego krocza. W końcu zniecierpliwiony, poganiany pożądaniem wsunął jeden palec do płonącego, ciasnego wnętrza Jaysona.

Obaj jęknęli.

Jay z powodu sensacji jakie wybuchły w jego wnętrzu, a Mike z powodu erotycznego obrazka, który miał tuż przed oczyma. Zafascynowany i podniecony po za granice możliwości, patrzył jak jego palec wolno, ale stanowczo niknie w wąskim wnętrzu, rzucającego się po poduszce kochanka. Obejmujące go uda drżały. Cisny okrąg mięśni zaciskał się i rozluźniał przy każdym posuwistym ruchu palca. Mike był głodny, wsunął więc kolejny śliski palec, powolnie nimi krążąc po aksamitnych ściankach. Jego penis pulsował w sympatii. Ociekał w jego bieliźnie i znaczył ślady na brzuchu. Jeszcze trochę i jego delikatna cierpliwość pęknie.

– Kochanie… jeszcze momencik… – Nie wiedział czy pytał o pozwolenie, czy zwyczajnie chciał zapewnić domagającego się uwagi kochanka. Z trudem oderwał oczy od tego co robił i klękając pochylił się nad spoconym, zasapanym Jay’em. Czując się jak nieporadny, wielki idiota pozbył się bokserek wciąż patrząc na swojego przyjaciela. Mężczyzna był zaczerwieniony, a jego oczy błyszczały niczym w gorączce. Wyciągnął rękę wskazując szufladkę i drżącym głosem wyszeptał po kilkukrotny oblizaniu spierzchniętych warg.

– Prezerwatywy…

– Mmm… cudownie kochanie. Uwielbiam cię.  – Mike uśmiechnął się z zadowoleniem. Szybko sunąc swoim ciałem o ciało Jaya wpełzł do góry i sięgnął do półeczki. Nowe, jeszcze nie otwarte pudełko leżało tuż przy brzegu, pytająco więc spojrzał na swojego kochanka, wyprawiającego cuda z jego nadwrażliwymi sutkami. Jay zarumieniony wzruszył ramionami.

– Optymizm…?

Śmiejąc się i całując Mike znów zabrał się do przygotowywania chętnego ciała, które na niego czekało. Delikatnie, ale stanowczo wrócił do pieszczenia najdelikatniejszego wnętrza w jakim kiedykolwiek się znalazł. Płonące i ciasne zapraszało go do swojego centrum. Wręcz wciągało ustępując pod pieszczotą dwóch, a następnie trzech palców. Żel lśnił wabiąco na rozciągniętym teraz kusząco okręgu obejmującym mu palce. Musiał znaleźć się wewnątrz zanim czubek jego głowy wystrzeli z pożądania i pragnienia.

– Mike do cholery! Jestem gotów! – Również Jay miał już dość czekania. Spalało go od środka. Buzowało w nim i miał wrażenie, że zaraz oszaleje. Nie był w stanie czekać. Nieporadnie bardziej przeszkadzając sobie nawzajem niż pomagając, udało im się w końcu nałożyć prezerwatywę na sztywny, boleśnie napięty członek Michael’a.

Ze skupieniem na twarzy i obawą wyraźnie malującą się w oczach przyłożył koniec do drgającego zapraszająco odbytu przyjaciela.

– Jesteś pewien? Nie chcę ci zrobić krzywdy…

Jay nie kłopotał się odpowiedzią. Przyciągnął go gwałtownie do siebie taranując sobie drogę językiem do wnętrza jego ust. Ich zęby kliknęły w natarczywej, gwałtownej pieszczocie. Jęk zmieszał się z westchnieniem gdy w chętnym ciele Jaya Mike zanurzał się wolno, ale zdeterminowanie.

Obaj byli jak porażeni. Błogość odbierała im dech i sprawiała, że serca starły się w walce między ich ocierającymi się o siebie piersiami. Każda komórka ciała śpiewała gdy połączyli się całkowicie. Mike nie poddał się dopóki jego jądra nie spoczywały na jądrach Jaya. Tylko, że to było nie dość. Zmuszało go jego własne ciało do poruszania się z coraz większą szybkością i gwałtownością. Wsparty na ramionach pracował biodrami zapierając się o materac. Nogi Jay oplotły jego żebra nakłaniając go do jeszcze większego wysiłku. Do zagłębiania w rozkosznie ciasnym, wręcz palącym gorączką wnętrzu. Jay pomagał odpowiadając na każde pchnięcie. Unosząc biodra wręcz narzucał szaleńcze tempo. Ale nie mogli inaczej. Musieli, inaczej rozpadli by się od środka. Za bardzo się pragnęli. Zbyt byli podnieceni by znieść dotyk ich ciał. Członek Michaela rozpychał przyjemnie wnętrze Jaya, wypełniał go i zniewalał. Naciskał wszystkie właściwe miejsca przy każdym długim, intensywnym pchnięciu. Zwłaszcza, że Mike zmieniał kąt swoich uderzeń aż nie natrafił na prostatę mężczyzny. To wystarczyło, aby wrzeszczał z rozkoszy i błagał.

– Mike! Aaach! Och, tak, tak Mike… mocniej. – Krótkie paznokcie wbiły się w plecy Mike’a pozostawiając podbiegnięte krwią półksiężyce.

Mike nie miał nic przeciwko, namiętna odpowiedź tylko go podniecała bardziej. Każde kolejne pchnięcie nakręcało spiralę, która i tak była już ciasno opleciona wokół jego jąder. Przyśpieszał więc, a Jay zachęcał go tylko jeszcze bardziej. Wił się i jęczał, całując zachłannie. Kwilił cichutko, przyciągając Mika jeszcze bardziej do siebie. Jego silne ramiona były zaciśnięte jak imadło, dłonie co chwila błądziły po mocnych szerokich plecach Mike’a. Badały pracujące pod cienką skórą pośladki. Ta nienasycona drapieżność jednak była jak afrodyzjak i wkrótce też poruszali się jak maszyny. Silne, mocne i spragnione.

– Mike, Mike, Mike… już… już! – wrzask Jaya poprzedził jego orgazm o milisekundy. Gorąca sperma opryskała ich spocone brzuchy, a konwulsje uwięziły członek Mike we wnętrzu. Naprężony i praktycznie zesztywniały zmiażdżył Mike’a spowalniając jego ruchy, ale jeszcze je pogłębiając w ciasnym niby pięść pasażu. Nie było wiele więcej potrzeba, aby i jego ciałem wstrząsnęło szczytowanie. Wbijając się prawie brutalnie do samego końca znieruchomiał więżąc pod sobą chętne ciało sapiącego i obcałowującego go Jaysona. Obaj rozpadli się na drobne kawałeczki. Świat odpłynął. Orgazm oszołomił ich i zaskoczył intensywnością. Dech utknął im gdzieś głęboko w piersi, a krew pędziła przez ciało w szaleńczym tempie. Odczucia targające ich ciałami były nieporównywalne do niczego co wcześniej przeżyli. Tak zabójcza przyjemność uzależniała, rozpuszczała opory i lasowała mózg zamieniając w trzęsące się galarety.

Spleceni, ledwie łapiąc oddech opadli na zmiętoszoną pościel Jaysona. Lgnęli do siebie, choć ich ciała zdawały się być nadwrażliwe na dotyk. Nie chcieli się rozdzielać, jakkolwiek ciało Jaya wkrótce zaczęło wypychać wiotczejący członek Mike’a. Nawet zsuwająca się prezerwatywa nie mogła ich rozdzielić czy zmusić do działania. Chcieli po prostu wchłonąć się nawzajem.

– To było najcudowniejsze doznanie w moim życiu… dziękuję… – Mike wyszeptał nieśmiało, patrząc w oczy Jaysona. W jego głosie przebijała się mieszanina zaskoczenia, niedowierzania i wdzięczności. Jay odpowiedział pocałunkiem. Łagodnym i komfortującym. Potrzebował chwili, aby zwalczyć nieracjonalne łzy palące go nagle pod powiekami.

– To ja ci dziękuję. Nie wyobrażałem sobie, że może być tak dobrze. – Postanowił ostatecznie postawić na szczerość. Jeśli mieli mieć szansę, musiał zaryzykować va bank. – Jesteś cudowny. Nie wiesz nawet jak się cieszę, że spadłeś mi wprost z nieba! Dziękuję.

Wyraźnie zrelaksowany Mike roześmiał się lekko znów wpijając się w jego usta. Nie mieli dość i raczej nie wyglądało na to, aby to się szybko zmieniło. Jay jednak nie miał zamiaru protestować. Nie był idiotą.

Wiele, wiele czasu minęło aż ostatecznie umyci i przyjemnie zmęczeni padli z powrotem na łóżko Jaysona opatulając się kołdrą.

– Czy teraz chcesz porozmawiać o tym co się stało? – zapytał cicho Jay przytulając do swojej piesi głowę ukochanego. Mike zesztywniał pod delikatną pieszczotą jego rąk i przez wiele minut milczał.

– Tak… – wymamrotał w końcu



Utwórz swoją wizytówkę