Mikołajkowo-świąteczne opowiadanie

czapka_mikolaja (1)
Wszystkiego najlepszego z okazji Mikołajek. 
Mam nadzieję,  że wszyscy spedzicie je wspaniale. 
W prezencie dla was pierwsza część opowiadania. 
Wierze, że wam sie spodoba 
i że czytanie sprawi wam tyle samo przyjemnosci,
 co mnie pisanie dla was… 
 Swieta jak z obrazka AkFa

Swieta jak z obrazka

By AkFa
 Wszystkie Prawa Zastrzezon
AkFa2012Anglia
 stroik
Rozdział Pierwszy
Jayson  Layland miał nieprzyjemne wrażenie, że odmroził sobie pewną integralną część ciała i to wcale nie były uszy. Drżał na całym ciele. Ubranie nasiąknęło mu wilgocią i wysysało tę odrobinę ciepła, którą próbowało wygenerować jego wnętrze. Miał uczucie, że pokrywa go lodowata zbroja w której zaledwie mógł się poruszać. Trzaśniecie drzwiami samochodu odbiło mu się bolesnym echem w przemarzniętych uszach. Skostniałe dłonie z trudem dały radę wyciągnąć z kieszeni klucze do domu, po kilkuminutowej zaciętej walce, sprawiając mu przy tym ból, który radiował w całych jego rękach.
Jakim cudem zamierzał otworzyć drzwi domu, choć ledwo się ruszał, jeszcze nie zdeterminował. Był jednak niemożliwie wdzięczny, że kolorowo ozdobiony dom sąsiadów, z którymi dzielili podjazd, rzucał choć odrobinę światła na ich wejście i drogę.
Wszystko miało być inaczej. Miało być pięknie. Miało być ciepło. Świątecznie. Jego rodzice i młodsza siostra Rosa mieli właśnie na niego czekać w ciepłym, wypełnionym świątecznymi zapachami, gwarem i Kolendami domu.
A powitała go ciemność, chłód i pustka.
Nawet nie mógł być zły. Kto mógł przewidzieć, że zostaną odcięci od świata przez śnieżycę podczas wizyty u dziadków? Śnieg nie miał skrupułów. Drogi i lotniska były nieprzejezdne, i nikt nie mógł tak naprawdę powiedzieć, kiedy sytuacja się poprawi. Pługi śnieżne były potrzebne w pierwszej kolejności do oczyszczania ulic i głównych dróg. Dojazdów do szpitali, straży, policji i parkingów. Dom jego dziadków stał na uboczu niewielkiego miasteczka. Zanim tam dotrą, będzie po świętach.
Dlatego też stał teraz przed ciemnym, odstraszającym pustką domem i nie wiedział już sam co robić. Jego załadowany po dach samochód był wyziębiony niczym lodówka od momentu w którym padła klimatyzacja i właściwie szybciej by się poruszał gdyby go Jay pchał, niż gdyby go odpalił i chciał ruszyć. Jego rzeczy były wciśnięte do środka jak popadnie. Nie miał pięciu banknotów, które by mógł nazwać swoimi i żadnych perspektyw. Święta z rodziną miały mu pomóc się pozbierać.
Teraz przerażająca samotność, która na niego czekała w ukochanym domu paraliżowała go i ogłupiała. Stał jak słup soli na trzaskającym mrozie niezdolny się ruszyć. Ciemny parterowy budynek, otoczony ozdobnym płotkiem z kutego żelaza, nie zachęcał do wejścia. Okna wręcz odstraszały ziejąc przeraźliwą pustką. Małe krzewy i drzewka posadzone przed domem, straszyły ponurymi cieniami na śnieżnobiałej pierzynce ze śniegu. Ścieżka była zasypana tak, że śnieg trzeszczał pod jego stopami. Nawet czarna metalowa furtka skrzypiała przeraźliwie. Podjazd był pokryty puszystą kołderką niczym nieskalanego śniegu, który padał cały dzień. Nie miał odwagi zrobić kroku, aby odcisnąć na nim swoje ślady.
W środku nie czekało go nic… ale i iść nie miał gdzie.
Czy w ogóle czeka go coś dobrego?
Przerażający krzyk i łomot rozdarł ciszę nocną, natychmiast zmieniając krew Jaysona w lód.
Przez kilka sekund nie potrafił zrozumieć skąd dochodzi larum. Miał problem, aby w ogóle ogarnąć sytuację. Nie wiedział co się działo, ani gdzie patrzeć. Rozglądając się w panice, poczuł jak oczy wychodzą mu z orbit na widok czerwono odzianej postaci, zsuwającej się z impetem z jego dachu. Postać rozpaczliwie czepiała się oblodzonych dachówek i zrywających się pod naporem kabli, i lampek. Nic jednak nie potrafiło zatrzymać go, ani powstrzymać impetu z jakim zjeżdżał w dół. Kilka sekund później już wisiał na gzymsie, nadal się ześlizgując. Sekundy w których zawisł na moment na krawędzi, z jeszcze większą determinacją walcząc o ratunek, były chyba najdłuższymi w ich życiu.
Jay automatycznie, na nogach zesztywniałych ze strachu i szoku podbiegł kilka ostatnich metrów, które dzieliły go od drzwi wejściowych, myśląc gorączkowo. Nie miał bladego pojęcia co robić, ale wyciągnął ręce do góry myśląc tylko o tym czy zdoła złapać, rozpaczliwie walczącą o uchwyt osobę.
Absurd tego pomysłu nie docierał do jego skołatanego, adrenaliną odrętwiałego mózgu.
Święty Mikołaj z kolejnym rozpaczliwym krzykiem runął w dół, machając rękami i nogami. Sekundę później wylądował na nim plecami, praktycznie przygniatając go całym ciężarem ciała. Nawet nie miał czasu się zaprzeć, kiedy złapał go za szeroki pas. Obaj runęli jak tona cegieł.
Żebra Jaysona zaprotestowały zapierającym dech w piersiach bólem. Cała prawa strona zapłonęła żywym ogniem. Łzy stanęły mu w oczach, a oddech utknął w gardle. Przez całe ciało jak echem przepłynęła mu fala kości–topiącego cierpienia. Mikołaj, wydawało się Jaysonowi, przez wieczność leżał nieruchomo, by w końcu ze stęknięciem zacząć potrząsać głową jakby zwalczając oszołomienie. Przyprawiło to ciało Jay’a o kolejną falę mdlącego bólu. Głuchy jęk wyrwał mu się z odmawiających współpracy płuc, bo Mikołaj znieruchomiał na moment po czym nieporadnie, gramoląc się i męcząc obrócił się na brzuch już całkowicie przyciskając otumanionego Jay’a do ziemi, wgniatając go automatycznie głębiej w śnieg.  Kilka sekund trwało zanim którykolwiek z nich mógł nabrać dość powietrza, aby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Każdy wdech był jak przełykanie drutu kolczastego.
Czerwono odziana postać w końcu z jękiem rozpaczy, nieporadnie i z pośpiechem odgarnęła mu z twarzy śnieg. Po sekundzie wahania przyłożył mu ucho do ust, najprawdopodobniej, aby upewnić się, że Jay nadal oddycha. Długie, pełne niewysłowionej ulgi westchnienie wyrwało się z ust Mikołaja, rozwiewając przekrzywioną sztuczną brodę. Jayson przyłączył się z dużo bardziej bolesnym, próbując zwalić z siebie wielkiego durnia. Nie miał jednak dość sił na to, zwrócił przynajmniej za to  jego uwagę na siebie, tak że ich oczy spotkały się. Mężczyzna ucieszony, zamykając oczy z nieopisanej radości i ulgi. Poklepał go po policzku, następnie spojrzał na niego ponownie i z przejęciem, drżącym głosem wyznał:
Jestem gejem…
Mali pacjenci szpitala Memorial byli przeuroczy. Zabawni, słodcy i bardzo zajmujący. Potrafili wyssać z człowieka całą energię, nawet się nie męcząc. Choroba o tej porze roku nie miała znaczenia. Nie dla nich w każdym bądź razie, bo niewiele rzeczy mogło zdusić w nich świątecznego ducha. Wigilia Bożego Narodzenia była szczególna. Mike potrafił zrozumieć ich potrzebę radości, nadziei… no i uwielbienie dla prezentów, które im zaniósł. Nie potrafił powiedzieć „nie” na widok lekko drgającej bródki czy wielkich szklących się, w ich nie–całkiem niewinnych oczkach, łez. Był bezradny, kiedy wielki szczerbaty uśmiech popierał kolejną szaloną prośbę.
Minusem było jednak to, że był poważnie spóźniony i cały skrupulatnie zaplanowany dzień posypał się jak domek z kart. Nie chciał jednak przyznać się nawet sam przed sobą, że wziął na siebie za dużo obowiązków.
Lubił czuć się potrzebny. Chciał czuć się potrzebny. Pragnął akceptacji i przyjaźni. Logiczne więc wydało mu się, że najpierw musi ją dawać, skoro spodziewał się ją otrzymywać. Zwłaszcza w święta. To przecież był magiczny czas.
Teraz spocony, zmęczony i głodny wdrapywał się w wielkim, ograniczającym ruchy stroju Świętego Mikołaja na dach swojego sąsiada. Miało być tak prosto. Drabina i hop. Pięć minut i gotowe. Jedno ze złączy doprowadzających prąd do setek lampek, które pracowicie zawieszał wcześnie rano tego dnia, najwyraźniej nie stykało i cały budynek pogrążony był w ciemnościach. Nawet lampki na drzewkach przed domem nie świeciły. Wkurzało go to, bo napracował się jak idiota. A małą Rosę Layland spotka nie lada rozczarowanie.
To miała być niespodzianka dla małej dziesięcioletniej dziewczynki, kiedy wróci od babci i dziadka. Dlatego też myślał, że miał czas, aby się z tym uporać zanim wrócą z tygodniowego wyjazdu. Tak się zresztą umówił z rodzicami małej. Wszystko miało być przygotowane na ich powrót. Jedyną pozytywną stroną całej tej sytuacji było to, że Laylandowie z jakiegoś powodu jeszcze nie wrócili i przynajmniej miał okazję poprawić błąd.
Dysząc jak parowóz przeklął własną głupotę. Powinien przynajmniej wyciągnąć poduszkę, które imitowała jego wielki brzuch. Strój odziedziczony po dużo grubszym wuju praktycznie wisiał na nim i pomysł z poduszką wydał mu się taki wspaniały. Wtedy. Teraz ledwie zipiąc przepełznął naprzód domu sprawdzając ostatnie ze złączy. Jeśli to nie było to, to już nie miał pojęcia co się mogło stać. Z całą pewnością to nie mogły być żaróweczki, bo każdą sprawdził przed powieszeniem ich na dachu. Cokolwiek to było, pewne było, że nie naprawi tego po ciemku i będzie musiał wrócić rano.
A to miał być jego pierwszy wolny dzień. Tak bardzo się ucieszył, że wreszcie odpocznie. Mógłby się wyspać. Może nawet nie musiałby wcale wstawać cały dzień. Choć czuł się z tym podle, to był zadowolony, że jego rodzice mieli wrócić dopiero w drugie święto, a reszta rodzinki miała zjawić się dopiero na Sylwestra, którego hucznie miała wyprawiać jego mama. Potrzebował chwili wytchnienia i czasu dla siebie.
Zirytowany tym, że rękawiczki utrudniały mu sprawdzanie kabli, klęknął na stromym dachu drżąc wewnętrznie i zdjął je ze złością.
Nie jest wysoko, nie jest wysoko, nie jest wysoko – powtarzał w myślach starając się zapanować nad strachem. –  To był przecież tylko parterowy dom. Kilka metrów najwyżej. Nie śmiał jednak spojrzeć przez ramię w dół.
Syknął na pierwszy kontakt z oblodzonymi dachówkami. Od klęczenia bolały go kolana. Był przepocony pomimo panującego mrozu.
Z całych sił wcisnął wtyczkę… i nic.
Światełka się nie zapaliły. Z rezygnację wpełzł trochę wyżej potrząsając kolejnym złączem. Skóra ręki na której się podpierał zaczęła przywierać do lodu, wiec ze złością szarpnął się.
Głośne trzaśnięcie drzwi od samochodu w tym samym momencie było tak zaskakujące, że poderwał się na miejscu z przerażenia. Chwiejąc się i tracąc oparcie na śliskiej powierzchni z głośnym krzykiem zaczął błyskawicznie staczać się na dół. Panika zaparła mu dech w piersi, przyprawiając o mdlący strach. W ciemnościach, na oślep próbował złapać się czegokolwiek, ale kable lampek nie miały szans go utrzymać. Może co najwyżej trochę spowalniały. Nogi obute w ciężkie buciory nie znajdowały oparcia, a ciężar jego własnego ciała tylko zwiększał impet z którym się zsuwał.
Oszołomienie paraliżowało mu mózg. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Nawet nie potrafił dać wiary, że to tak długo trwa. Całą wieczność spadał. Strach sparaliżował go, a jego umysł wirował.
Od myśli. Chaotycznych, strasznych, rozpaczliwych.
Od strachu przed bólem.
Od żalu.
Gdyby tylko miał jeszcze jedną szansę wszystko zrobiłby inaczej. Spróbowałby żyć naprawdę.
Ale nie miał, bo rozdzierający mu ręce ból był tego najlepszym dowodem.
Zaraz skręci sobie kark i nic nie mogło go uratować.
Ostra krawędź gzymsu wbiła mu się w brzuch i przez jakiś szaleńczy ułamek sekundy nadzieja odżyła w nim, bo może miał jeszcze szansę na to, aby wszystko naprawić, aby być szczęśliwym. Zakochać się.
Zawisł na moment. Z przerażającą rozpaczą jednak szybko uświadomił sobie, że nie jest wstanie utrzymać się na oblodzonym murze. Ślizgał się, szamotał, spadał. Nie był wstanie uratować się…
Lot był krótki. Dech zapierający. Mrożący strachem krew w żyłach. Ogarniający beznadzieją.
Zderzenie z innym człowiekiem było wręcz ogłuszające. Totalnie, absolutnie szokujące. Bardziej zaskakujące niż sam upadek.
Jęcząc i krzycząc obaj padli na zaścielający przejście śnieg. Wstrząs targnął ich wnętrznościami. Uderzenie zamroczyło. Nie miał sił otworzyć oczu. Ciemność go przerażała. Powietrze lodowate i ostre rozdarło mu płuca.
Ofiara uderzenia zawyła z bólu. Mike jak w transie otrząsnął się próbując zrozumieć co się właściwie stało. Gruby gąbczasty kombinezon, który miał pod strojem nie całkiem zamortyzował grzmotnięcie, ale w jakimś stopniu ochronił i jego, i człowieka na którego spadł jak kupa nieszczęść. Ból oślepiał go, ale żył…
Żył!
Nie do końca był tylko pewien czy mężczyzna na którego spadł przeżyje. Musiał przekonać się jak najszybciej.
O Boże, o Boże, o Boże… żeby tylko żył. Żeby żył…chyba sobie nie daruję jeśli coś mu się stanie!
Przerażone ciemne oczy wlepiały się w niego w oszołomieniu, kiedy niezbyt delikatnie, skostniałymi, obolałymi dłońmi zgarnął śnieg z twarzy najprzystojniejszego mężczyzny jakiego kiedykolwiek widział na oczy. Zatkało go.
Mężczyzna oddychał, a nawet mamrotał lekko przytłumionym głosem, w końcu zaczął się pod nim wić.
Fala ulgi zalała go tak szybko, że praktycznie stracił przytomność, od nagłego uderzenia krwi do mózgu.
Obaj żyli.
OBAJ ŻYLI!
Mike tylko jedną myśl miał w głowie jak zaciętą taśmę.
– Jestem gejem…
Nie do końca było wiadomo który z nich bardziej był zdziwiony. Michael Walkers po raz pierwszy wyznający to na głos, schrypniętym, przepełnionym strachem głosem czy wykrzywiony bólem, jęczący i krztuszący się nieznajomy.
Ciemnowłosy mężczyzna znieruchomiał, kiedy w końcu dotarło do niego znaczenie słów, które usłyszał i ponownie przyjrzał mu się walcząc o oddech.
– Super! Ja też! Co w związku z tym? – Wycharczał,  ponownie próbując się wyswobodzić z pod jego ciała. Niewiele mniejszy, ale najwyraźniej szczuplejszy niż prawie stukilogramowy Mike, miał problem z zaczerpnięciem głębszego oddechu. Mike jak porażony prądem poderwał się, zsuwając się ze swojej ofiary, jednocześnie zrywając z siebie czapkę i sztuczną brodę. Panika na nowo zalała jego umysł.
– O mój Boże! O mój Boże! Przepraszam! Jezu słodki… Mój Boże. – Klęknął przy leżącym bojąc się go nawet dotknąć. Nieznajomy zwinął się w kłębek znów kaszląc i plując. – Jezus Maria! Tak mi przykro! – Powtarzał w kółko próbując zdecydować w oszołomieniu czy powinien pobiec do domu, aby zadzwonić po pogotowie, czy raczej zostać przy zwijającym się z bólu mężczyźnie. – Zaraz wezwę ambulans. Czekaj! Wszystko będzie dobrze! To nie potrwa długo. Tylko się trzymaj!
– Nie. – Wychrypiał mężczyzna łapiąc go za rękę zadziwiająco mocno. – Nic mi nie jest.
– Boże! Jak to nic panu nie jest! Skąd pan może wiedzieć?! Może mieć pan wstrząs mózgu, albo coś połamane. Nie powinien się pan ruszać! BOŻE! To mogą być obrażenia wewnętrzne!  – Mike czuł jak panika zaciska na nim lodowate palce. Sam już nie czuł żadnego bólu. Wszystko jak ręko odjął, kiedy uświadomił sobie, że nie tylko mógł sam zginąć, ale na dodatek poważnie okaleczyć drugą osobę. Leżeliby połamani, z roztrzaskanymi głowami na mrozie, dopóki ktoś nie znalazłby ich na drugi dzień. Realizacja tego, sprawiła, że świat zawirował mu przed oczyma. Tylko głośny okrzyk nieznajomego przywołał go z powrotem do rzeczywistości.
– KURWA JAK TO BOLI!!! – wrzasnął brunet, starając się bez powodzenia podnieść. – To chyba tylko żebra. Są stłuczone. Nie sądzę, abym sobie coś złamał.
– Nie! – Mike prawie rzucił się na niego, aby go powstrzymać. – Nie wstawaj! To niebezpieczne!
– Najbardziej zagrożone w tym momencie są moje jaja – parsknął, starając się odepchnąć od siebie wielkiego osiłka, Jay. – Zaraz je sobie odmrożę na tym mrozie!
– Jezu! Przepraszam! – Mężczyzna odskoczył na bok i klękając po raz kolejny nad Jay’em, ostrożnie pomógł mu się podnieść do pozycji siedzącej.
– Ooch…och, umm…ach. Tak…uffff… spoko, wszytko ok. Po prostu pomóż mi – wystękał Jayson widząc, że tamten znów ma ochotę pchnąć go, aby leżał.
– Nie wiem co robić! – przyznał Michael przeczesując swoją zmierzwioną czuprynę obiema rękami.
– Zaprowadź mnie do domu… – Zasugerował delikatnie poszkodowany, starając się pozbierać psychicznie i fizycznie po całym tym nieoczekiwanym wypadku. Przyznać jednak musiał, że nie jest w stanie poradzić sobie bez pomocy. Nie był nawet pewien czy nogi go utrzymają. Niepewne, zdezorientowane spojrzenie pochylającego się nad nim przystojnego Mikołaja uświadomiło mu, że facet nie wie o czym on mówi. – Nazywam się Jayson Layland i moi rodzice mieszkają tu. – Skinął głową w stronę drzwi wejściowych.
– O cholera! – Mężczyzna zachłysnął się z zaskoczenia.
Jay mogąc już skupić się na czymś więcej niż tylko żelazna obręcz ściskająca jego żebra i wyciskająca jego wnętrzności przez odbyt, spojrzał po raz kolejny na sprawcę całego zamieszania. Facet wyglądał jak przerażony, zagubiony Bambi z szeroko rozwartymi, ślicznymi ciemnymi oczyma. Światła padało na nich akurat tyle, aby się w nich odbić i pozbawić Jay’a koncentracji.
O czym to oni…
Aaa… odmroził sobie właśnie tyłek, a wyglądało na to, że jeszcze może z niego zrobić użytek.
Natychmiast i automatycznie wymierzył sobie solidnego mentalnego kopa, poprawiając potężnym klapsem, za samo myślenie w ten sposób. To właśnie miedzy innymi jego ‘wewnętrzna szmata’ wpędziła go w połowę kłopotów które miał. Całą resztę miał, bo był idiotą.
– Tak, o cholera – wymamrotał. – Lepiej bym tego nie ujął. – Wolno i ostrożnie z wstrzymanym oddechem zaczął się powoli unosić. Miał już dość śniegu i wilgoci. Istniała poważna obawa, że jego spodnie zamarzły, a dokładniej rzecz biorąc przymarzły do jego tyłka. Co nie było przyjemnym doświadczeniem. Jego skórzana kurtka teraz już była z całą pewnością sztywna jak zbroja.
Mike zerwał się i praktycznie uniósł go w swoich dość potężnych ramionach obawiając się, że może upaść albo coś i znów zrobić sobie krzywdę.
No, w każdym bądź razie większą niż do tej pory.
Jayson musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Na szczęście nie wymyślono jeszcze tortur, które wydobyłyby z niego to zeznanie.
Puchaty, miękki Mikołaj wolno i wyraźnie niechętnie opuścił go, i pozwolił stanąć na własnych nogach, kiedy uznał sapnięcie Jay’a za protest.
– Drzwi są otwarte – powiedział skrępowany, machając w tamtym kierunku ręką. Lekko zażenowany mocno objął Jaysona w pasie i zaczął holować go do wejścia. – Byłem zostawić zakupy zanim jak kretyn wlazłem na dach w całym tym wdzianku – paplał nerwowo. – Powinienem był poczekać. Albo przynajmniej się przebrać… ale nieeee… nie wiem co mi strzeliło do głowy…
Jayson zmrużył oczy zasłaniając się przed, nagle zapalonym przez swojego towarzysza, światłem. Niewiele potrafił dostrzec na początku, a już z całą pewnością nie bardzo potrafił nadążyć za trajkotaniem pomagającego mu faceta, ale i tak zachłysnął się na widok niezmienionego od lat dużego holu. Z nadzieją zerknął w bok, gdzie były drzwi prowadzące do salonu i kuchni, które stały teraz otworem. Mimo, że wewnątrz było niewiele światła padającego z wielkiego żyrandola w holu, od razu wiedział, że mógłby przez niego przejść z zamkniętymi oczyma i się nie potknąć ani razu. Na pamięć znał każdy zakamarek tego domu.
– Chodź położyć się na kanapę. – Mike starał się zdecydować co właściwie powinien zrobić. Miał ochotę usiąść i schować głowę w dłoniach, udając, że wcale go tu nie ma. Nie mógł jednak tego zrobić. Przede wszystkim powinien się opanować i odzyskać swój stoicki spokój, i wreszcie zapanować nad niekontrolowanym drżeniem nóg. Wypadałoby też chyba, aby upewnił się co do stanu zdrowia człowieka, którego niemal wprasował w ziemię. – Pomogę ci zdjąć kurtkę i bluzę, bo chciałbym zobaczyć czy nic ci na pewno nie dolega. Nawet nie protestuj – zawołał zanim Jay zdołał otworzyć usta. – Albo to, albo wzywam lekarza…?
– Okej, okej…  – Jay wiedział kiedy się poddać, a brak możliwości wzięcia wystarczająco głębokiego oddechu, aby się kłócić to chyba był ten moment. Nie sądził jednak, żeby był poważnie ranny. Może lekko przytajony i trochę wstrząśnięty, ale z całą pewnością nie groziło mu żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo.
– Dobrze. Daj.
Nie bez małych oporów mokra kurtka Jaysona znalazła się na podłodze. Zanim zdołał się połapać już stał drżąc z zimna w czarnych bokserkach, skarpetkach, i lekko przykusej podkoszulce, którą miał pod bluzą z kapturem. Jak nastolatek pierwszy raz rozbierający się przez mężczyzną nie wiedział co zrobić z rękoma. Zasłanianie krocza jednak wydało mu się głupie. Zwłaszcza, że wzrok jego towarzysza zdawał się go pieścić, wolno i skrupulatnie sunąc po jego ciele.
– Z–z–z–ziimmnnoo m-m-mi – wymamrotał szczękając zębami, w końcu decydując, że idiotycznie się czuje jako jedyny rozebrany w pokoju.
– O cholera! – Mike walnął się w czoło otwartą dłonią, wyraźnie zmieszany. Jak strzała pognał do gazowego kominka zdobiącego ścianę główną i włączył go. Potem pogalopował do termostatu i podkręcił dodatkowo ogrzewanie, cały czas włączając po drodze lampki. W końcu wpadł do kuchni i moment później elektryczny czajnik zaczął syczeć przyjemnie.
Drżąc w dalszym ciągu praktycznie niekontrolowanie, Jayson wodził zszokowanym wzrokiem za mężczyzną. Poruszał się po domy z pewnością siebie stałego bywalca. Najwyraźniej czuł się jak u siebie, choć on osobiście bladego pojęcia nie miał kto to był. Pewne było, że musiał bywać tutaj bardzo często. Dziwne uczucie ścisnęło mu żołądek.
I co do cholery robił na dachu jego pustego, ciemnego domu w stroju Świętego Mikołaja?
Niedorzeczne, dziecinne i lekko zabawne podejrzenie, które przyszło mu do głowy wyparł natychmiast, parskając na samego siebie ironicznie. Był idiotą.
Święty Mikołaj nie istnieje! Phi!
Mike zaniepokojony przybiegł natychmiast z ręcznikiem i starym kocem jego matki w rękach.
– Dobrze się czujesz? – zapytał z przejęciem, jednocześnie tarmosząc go za koszulkę.
Tym razem Layland poczuł się w obowiązku zaprotestować. Chwycił rąbek koszuli i obciągnął prawie do kolan. Zignorował też rumieniec zalewający jego dekolt i szyję.
– Whoaha… spokojnie. Momencik. – Kiedy zaskoczony Mike znieruchomiał, patrząc na niego prawie ze strachem, Jay zmiękł. Całe powietrze z niego uleciało. Tak jak i zazdrość, choć nie wiedział z czego się brała. – Może się choć przedstawisz zanim mnie rozbierzesz?
– O! – Mikołaj zawołał rozdziawiając z zaskoczenia usta. Nieśmiały, zażenowany uśmiech wypłynął na jego lekko różowe, ponętne wargi. Odpowiedział cicho, rzucając mu nieśmiałe spojrzenie spod długiej firanki miodowych rzęs. – Przepraszam. Całkiem o tym nie pomyślałem. Nazywam się Michael Walkers. I choć to pewnie banalnie zabrzmi… jestem synem sąsiadów.
Jayson uśmiechnął się, jakby mimo swojej woli.
Przecież on nadal mógł być maniakalnym mordercą, prawda?
– Walkers? Chyba nie kojarzę…
– To dlatego, że wprowadziliśmy się jakiś rok temu. Pani Carla Moor sprzedała nam dom po śmierci męża i przeprowadziła się do brata. – Mike wzruszył ramionami najwyraźniej wyczerpując temat. Nie chciał ryzykować wściekłości Jay’a jeśli by przez przypadek parsknął, że wiedziałby gdyby częściej kontaktował się z mamą. – Zdejmuj to. – Zażądał sam dziwiąc się własną stanowczością i śmiałością. Nie chciał jednak tego analizować w tym momencie. Zwłaszcza, że najwyraźniej zaskoczył swojego gospodarza tak iż ten nie protestował, kiedy stracił koszulkę. – O cholera!
Okrzyk Mika sprawił, że również Jayson spojrzał na swoje obite, lekko otarte i posiniaczone żebra. Cała jego szczupła, lekko muskularna pierś wyglądała jakby zderzył się… no cóż ze spadającym człowiekiem.
Rano to będzie bolało jak sam skurczybyk.
– Nie jest źle – zapewnił tak siebie jak i nagle blednącego towarzysza. – To tylko tak wygląda…
– Tak mi przykro – Michael nieświadom własnego ruchu przesunął palcami po zaczerwienionym i obitym ciele, wodząc po nim delikatnie i z fascynacją. Dopiero gęsia skórka, która obsypała ładnie zdefiniowaną, gładką pierś Jaysona, przykuła jego uwagę do tego co robi. Zaczerwieniony tak, że mógł konkurować z kolorem swojego kostiumu, chwycił koc i owinął stojącą spokojnie, lekko trzęsącą się postać. Zaledwie ostatkiem woli i rozsądku, udało mu się zwalczyć jęk żalu, kiedy kremowobiała skóra i piękne ciemnoróżowe, zmienione w kuszące czubeczki sutki, zniknęły z jego pola widzenia.
Musiał się wziąć w garść!
– Spokojnie. – Jayson siadł na kanapie z ulgą. Cieszył się, że będzie mógł ukryć reakcję swojego ciała na rozpalone spojrzenie, którym obdarzył go Michael. Już mu nie było nagle zimno. Za to czuł, że drżenie z zewnątrz przeniosło się do jego wnętrza. Nie pomogło sytuacji to, że większy mężczyzna uklęknął przed nim i z wigorem zaczął wycierać jego ciemnobrązowe włosy, nadal jeszcze lekko przymrożone, ale już topniejące od ciepła. Byli tak blisko siebie, że ich oddechy się mieszały.
To było jednocześnie żenujące i przyjemne. Przez ułamek sekundy ich oczy się spotkały i napięcie, które się wytworzyło z powodu tego jednego spojrzenia, onieśmieliło ich obu.
– Czego byś się napił? – Mike zaróżowiony po uszy, opuścił spojrzenie, żałując w duchu, że koc tak szczelnie okrywa ciało Jaysona, na które nie miał okazji się napatrzeć. Nawet nie śmiał marzyć, że następna taka okazja mu się nadarzy. O decyzji, którą podjął spadając nawet nie chciał myśleć. – Kupiłem mleko, jajka, pieczywo i kilka innych drobiazgów na przyjazd twoich rodziców. Twoja mama mówiła, że wszystko inne już dawno ma kupione. – Wskazał wielką choinkę w rogu. – Przywiozłem drzewko, abyście mogli je razem dziś ubrać, ale… – Spojrzał na milczącego, sztywno siedzącego Jaysona. Jego mina nie wyrażała nic. Co chyba było najbardziej przerażające. – Ale nie przyjechali… przepraszam, nie wiem co się stało.
– Śnieżyca – wymamrotał w końcu Jay. Zagubiony i przytłoczony nagle. Jego rodzina najwyraźniej miała godnego następcę na jego miejsce. Przystojnego i najwyraźniej troskliwego. Co on właściwie tu robił? Widząc, że Mike marszczy brwi, dodał tonem wyjaśnienia. – Nie mogą wyjechać od dziadków. Utknęli tam… prawdopodobnie na całe święta. – Przełknął ślinę, przez nagle, zaskakująco suche gardło. – Nikt nie chce pracować w taki czas… nie powinien musieć…
– O!… och… tak mi przykro. – Mike zamrugał zaskoczony. Cokolwiek Jay czuł było chyba bardzo bolesne, bo jego twarz zapadła się i spochmurniała. Miał ochotę go przytulić, pogłaskać przygarbione plecy. Ucałować jego lekko drżące, nadal sine usta i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. – Może jednak uda im się wrócić.
– Po co? – Jay odsunął od siebie ręce Mike’a i ręcznik. Chciał, aby całkiem się odsunął. Nie chciał współczucia. Nie chciał mieć pięknego mężczyzny u swych stóp. Bo dla niego, choć to był pierwszy taki przypadek, to jednak nigdy nie kończyło się dobrze. – Lepiej jak tam zostaną i spędzą udane, spokojne święta, a nie podróżują kilka godzin, tylko po to, aby przygotowywać tutaj wszystko na szybko…
Michael niechętnie uniósł się i gestem nakazał położyć się Jay’owi na poduszkach kanapy. Nie wiedział co powiedzieć. Smutek jego towarzysza ściskał go za serce. Szybko i skutecznie opatulił go kocem, choć tamten protestował i parskał, że sam się może o siebie zatroszczyć.
– Czego więc się napijesz? Kawy, herbaty z cytryną, kakao? – zapytał, wycofując się do kuchni. Potrzebował momentu w samotności, aby pozbierać na tyle, żeby móc logicznie myśleć i to nie na temat tego jak bardzo podobał mu się ten lekko gburowaty, zagubiony mężczyzna.
– Burbona, wódki, może być whisky – padła ponura odpowiedź.
– O nie. Niestety to by było nierozsądne. – Mike zaprotestował automatycznie. – W razie konieczności, nie mógłbyś wziąć żadnych środków przeciwbólowych.
– Cholerny świętoszek… – Jay wyszeptał za znikającą postacią.
Tacy byli najgorsi. Piękni. Idealni. Zazwyczaj zajęci, albo niewierni. Zbyt nadęci i zarozumiali dla własnego dobra. Przyjechał do domu, aby wyrwać się z bezsensownego kręgu seksu, nieudanych związków, zdrad i niepewnego jutra. Beznadzieja zżerała go od środka. Beznadzieja i wstyd. Był płytkim, pustym człowiekiem. Jedyne co miał to wielkie mniemanie o sobie. I jak to się dla niego skończyło? Wrócił do domu z podwiniętym ogonem.
Do domu w którym najwyraźniej już ktoś inny zajął jego miejsce. Nie potrafił się nawet zmusić, żeby czuć coś więcej niż smutek.
Michael z lekkimi rumieńcami wywołanymi ciepłotą, którą odczuwał w swoim obszernym kostiumie, wniósł do salonu tacę z parującymi kubkami.
– Napij się, żeby się rozgrzać. Ja skoczę do domu założyć na siebie normalne ubranie i zaraz wracam. Nie ruszaj się z kanapy – zarządził stanowczo, nie mogąc się jednak zmusić, aby spojrzeć w oczy Jaysona. – To na wypadek, gdyby zakręciło ci się w głowie, więc się nie sprzeczaj. Ja będę dosłownie za pięć minut i zrobię ci coś do jedzenia.
Wypadł z domu zanim Jay tak na dobrą sprawę miał okazje zaprotestować.
W końcu był w stanie sam zająć się sobą.
Z głuchym jękiem usiadł, przytrzymując swoje protestujące żebra i opatulając się ściślej kocem, ruszył do swojego dawnego pokoju. Miał nadzieję, że jeszcze jest jego. Może już dawno został przerobiony na składzik? W końcu nie był w domu pięć lat. Zaraz po skończeniu szkoły średniej wybył w wielki świat wierząc, że go może zawojować. Że potrzebuje w swoim życiu czegoś więcej niż miało do zaoferowania małe, zapyziałe miasteczko. No może, nie takie małe. Dwadzieścia pięć tysięcy ludzi to nie tak mało w końcu. Jemu jednak wydawało się, że potrzebuje przynajmniej pół miliona nieznajomych, aby być szczęśliwym.
Połowa domu była przeznaczona na sypialnie. Wielka, przestronna z małą łazienką dla jego rodziców. Druga zaraz po prawej dla jego małej siostry, łazienka i pokój dla niego. Druga połowa domu to była przestronna kuchnia z wielkim stołem, oddzielony wysokim blatem salon i pokój rekreacyjno–gościnny. Nic się nie pozmieniało. Może tylko z wyjątkiem kolorów ścian i zasłonek. Dywan w holu też był nowy.
Dech w piersi mu zamarł, gdy otworzył drzwi do swojego pokoju. Oczy zapiekły, rozmazując widok. Nic się nie zmieniło. Równie dobrze mógł wyjść rano do szkoły lub pracy, a nie pięć lat temu ze złością i krzykiem: jaki to niezrozumiany, stłamszony i dorosły był. Dziś w wieku dwudziestu trzech lat czuł się jak dzieciak. Głupi, zarozumiały dzieciak, który nie miał szacunku ani dla swoich rodziców, ani dla samego siebie.
Znieczulając się na ból, całkiem już nie fizyczny dręczący jego dusze, upuścił koc na podłogę i poczłapał do łazienki. Zimno kafelek mogło konkurować z zimnem jego przemarzniętych stóp. Nie spojrzał w lustro wyjmując puszysty ręcznik z szafki. Nie miał na to sił. Wszedł pod prysznic zanim woda zdołała się nagrzać, ale było mu wszystko jedno. Gdzieś tam kołatało mu się po zakamarkach umysłu, że tak się powinno robić, gdy ktoś przemarzł. Zbyt ciepła woda mogła być niebezpieczna w takich sytuacjach. On po prostu chciał z siebie spłukać zapach strachu i zmęczenie zaciskające jego mięśnie w ciasne knoty.
Nigdy chyba jeszcze nie był tak przerażony jak w momencie kiedy zobaczył Świętego Mikołaja… tfu… Michaela Walkersa spadającego z dachu jego domu. Wszystkie najgorsze scenariusze przeleciały mu przez mózg jak zawieja śnieżna. Oczyma wyobraźni widział go leżącego na dole z wykrzywioną groteskowo głową, pod nierealnym kątem i z rozrzuconymi na boki rękami i nogami. Dziewiczo biały śnieg znaczyła ciepła, parująca czerwona krew.
Był posrany ze strachu.
Myślał tylko o tym, co zrobić, aby go ocalić.
Na myśl mu nie przyszło, że w ostatecznym rozrachunku to on będzie bardziej poobijany.
Nie żałował jednak tego co zrobił. Nie wybaczyłby sobie, gdyby nie pomógł. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu był z siebie dumny.
Cholera, zaś wychodziła na wierzch jego arogancja i zarozumiałość.
Każdy inny zrobiłby to, bo tak trzeba. A on się nadymał, jakby nie wiadomo co takiego zrobił.

Był żałosny

Ubranie stroju Świętego Mikołaja nie było łatwe. Zwłaszcza bez pomocy. Gruby piankowy kombinezon wkładany pod kostium miał imitować pełniejsze kształty postaci. Wuj Mike’a do którego należał w oryginale, miał jednak większy… mięsień piwny i stąd pomysł z jego ukochanym jaśkiem. Teraz wydobycie się z niego było równie skomplikowane.
Tym bardziej, że Michael spieszył się. Drżał o zdrowie i bezpieczeństwo Jaysona, i obawiał się zbyt długo pozostać z własnymi myślami. Śliski, lekko wilgotny materiał stawiał opór. Szeroki pas przytrzymujący jego poduszkę za nic nie chciał się rozpiąć, a wysokie buty utknęły na dobre. Już sam nie wiedział od czego zacząć rozbieranie. Miał wszystkiego dość.
Był zmęczony, spocony, głodny i obolały wewnątrz. Miał serce w gardle od chwili w której ujrzał rozebranego Jaysona Laylanda i z przerażenia drżały mu kolana. Szczupły i muskularny mężczyzna, sprawiał wrażenie pewnego siebie, wręcz aroganckiego. Wiedział, że ze swoimi długimi do podbródka, potarganymi włosami, kwadratową, przystojną twarzą i idealnie wystylizowaną cienką bródką okalającą jego żuchwę i podbródek, był seksowny i kuszący. Przeraźliwie jasnoszare oczy wwiercały się w człowieka, kiedy zerkał ze zmarszczonymi brwiami. Proste i dość grube nadawały mu gburowatego wyglądu. Nie zmieniało to faktu jednak, że był idealny w oczach Mika. Piękny, seksowny, wspaniale zbudowany. Wielka gula tkwiła mu w gardle i nie dało rady jej się pozbyć, bez względu na to ile razy przełykał, kiedy wyobraźnia podsuwała mu obrazy, jak wolno i kusząco ściągał mu bokserki wzdłuż długich, lekko pokrytych ciemnym włosem nóg.
Podniecenie, bolesne i niespodziewane uderzyło w jego ciało jak świąteczny tir coca-coli. Miał ochotę zabronić sobie. Odruchowo. Z przyzwyczajenia. Chciał udawać, że nic nie czuje. Był przerażony i zażenowany. Nawet gdyby chciał zadziałać, jak podpowiadała mu wyobraźnia, nie wierzył, że jest wstanie pokonać niepewność i obawy.
Był zagubiony…
W końcu walcząc ze łzami cichaczem napływającymi mu do oczu usiadł ciężko, na łóżku w swoim pokoju. Niemal takim samym jak Jaya.
Głowa ciążyła mu, a oczy podejrzanie piekły, więc zamknął je i wspierając się na rękach, ukrył twarz w obolałych, obdartych dłoniach. Nie miał zamiaru płakać. Chciał tylko pokonać zawrót głowy. Już nie było czego się bać.
W końcu przecież żył!
A mógł umrzeć. Mógł spaść tak nieszczęśliwie, że skończyłby sparaliżowany, na łasce i opiece innych. Mógł zabić drugiego człowieka.
Nie uspakajało jego sumienia to, że przecież nie zrobił tego specjalnie. Że wypadki się zdarzają. Myśl o tym, co przeżyliby jego rodzice i rodzeństwo było przytłaczające. Cierpieliby, bo zachował się nieodpowiedzialnie. Bo wydawało mu się, że wszystkiemu powinien podołać sam, jeśli ma zasłużyć na szacunek.
Czy to nie było jednak szczytem ironii, że chciał szacunku, choć sam nigdy nie miał dość honoru i odwagi, aby przyznać kim jest?
Być może całe życie nie mignęło mu przed oczyma, ale za to mignęło mu to wszystko co już go mogło nigdy nie spotkać. Na co już nie będzie miał szans jeśli umrze.
Odkąd skończył piętnaście lat wiedział, że coś jest z nim nie w porządku. Nie chciał się jednak z tym pogodzić. Walczył ze sobą, bo w swoim buncie i w swojej złości uznał, że należy mu się wybór.
Nie chciał być gejem i nie zamierzał.
Teraz parskając cynicznym śmiechem nad własną głupotą wykaraskał się w końcu z kostiumu. Otarł mokre od cichych łez policzki, przy okazji pozbywając się śnieżnobiałych sztucznych brwi i wąsów. Całkiem o nich zapomniał. Pewnie wyglądał jak totalny idiota. Zrezygnowany wciągnął na siebie pierwszą z brzegu kraciastą koszulę i stare sprane jeansy. Nie kłopocząc się skarpetkami wciągnął addidasy i ruszył do lodówki. Chwytając miskę z zapiekanką, którą zostawiła dla niego matka, ruszył do sąsiada.
Musiał nim się zaopiekować. Tylko tak było fair.
Za tydzień ciąg dalszy 😀 Zapraszam serdecznie 
SPOILER:
Rozdział drugi  
„Pierwszy rzut oka na wracającego Michaela i serce Jaya stanęło na moment. Nie tylko serce. Jego członek zesztywniał w takim tempie, że cudem było, że jego serce w ogóle miało jakąkolwiek krew do przetłaczania.
Ciemnoblond włosy mężczyzny, dłuższe na górze, z grzywką lekko opadającą na bok, z tyłu i po bokach krótko przycięte, poznaczone były rozjaśnionymi słońcem pasemkami. Lekko okrągła twarz z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi nadal była opalona, a ciemne wyraziście zrysowane brwi i maleńka zadziorna bródka, zdobiąca jego szczupły podbródek,  nadawała mu lekko niesfornego wyglądu. Tylko wielkie ciemnobrązowe oczy zdradzały niepewność i zażenowanie.
Jayson jak w transie przesunął wzrokiem po całej do tej pory ukrytej przed nim sylwetce.
Ciało Mika było czystą perfekcją. Jeśli do tej pory nie miał swojego ideału to właśnie znalazł. Z hukiem, krzykiem i werblami w jego skołatanej głowie. Wysoki, potężnie zbudowany, ale nie przesadnie muskularny promieniował siłą. Trudno było się dopatrzeć na nim choć grama zbędnego tłuszczu. Wręcz przeciwnie, wszędzie był odpowiednio zaokrąglony. Długie nogi o silnych udach do perfekcji wypełniały najciaśniejsze, najcieńsze jeansy jakie na oczy widział. Wszystkie wypukłości, i wklęśnięcia, a już szczególnie idealnych rozmiarów krocze, było wręcz perwersyjnie kusząco wyeksponowane. Pierś rozpychała ciemnoniebieską kraciastą koszulę. Podchodząc do niego poruszał się lekko i zwinnie. 
Jay musiał przytrzymać blatu kuchennego, aby nie ugięły mu się kolana.
– Miałeś leżeć – Mike mruknął z wyrzutem, przyglądając się mu uważnie, aby się upewnić, że wszystko w porządku.  – Miałem przeczucie, że będziesz sprawiał problemy…
                                                                                                    „

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s