KONKURS już rozstrzygnięty,

książka podpisana szczęśliwie dotarła do zwyciężczyni,

2013-05-08 10.53.15 a czwarty rozdział

Wziętego przez zaskoczenie

do poczytania na blogu, a ja…

cóż… z dwutygodniową wizytą w Polsce.

Pozdrawiam cieplutko i obiecuję popracować ciężko nad opowiadaniem!

Bawcie się dobrze, bo i ja zamierzam! 🙂

Walentynkowa niespodzianka

Zamiast walentynkowych życzeń mam dla was opowiadanie. Wzięło mnie całkowicie przez zaskoczenie i pisałam je przez ostatnich kilka godzin. Za wszystkie niedociągnięcia więc z góry przepraszam. Siadając do laptopa ta krótka walentynkowa historia, po prostu sama przyszła mi do głowy i już nie mogłam się jej pozbyć.
Dlatego późno, bo późno i całkiem spontanicznie, ale jest dla was!
 Mam nadzieję, że każdy z was przeżył cudowny dzień!

77. Panowie

Romantyczna dusza

 Wszystkie Prawa Zastrzeżone
AkFaLuty2013
Kolejne walentynki właśnie nadeszły. Z hukiem, hałasem i fajerwerkami. Jak to zawsze bywało już na kilka dni przed czternastym Lutego, wysypywały się z każdego sklepu i drogerii kartki, miśki i kwiaty. Serca i kupidynki wyzierały z każdego kąta. Rozchichotane dziewczyny wręcz wibrowały z podniecenia i ekscytacji, szepcąc po kątach i pokazując sobie coś w ukryciu. Subtelność jednak nie była ich mocną stroną, bo chłopacy zerkali w ich stronę udając twardzieli i potrząsając głową nad ich niepoważnym zachowaniem.
Levay nie miał nic przeciwko walentynkom. Właściwie lubił je, choć chęć dostania kartki z serduszkami czy miśka nieodmiennie wywoływało rumieńce na jego policzkach. Cóż jednak mógł poradzić na to, że był romantykiem?
Bardzo samotnym romantykiem. Kampus pulsował życiem i tłumem ludzi, a on jednak czuł się samotny jak palec. Chciał mieć kogoś, kto byłby przy nim, kto znałby go i komu by na nim zależało. Nie było to jednak takie łatwe.
Mimo iż większość studentów nie miała nic przeciwko gejom, sytuacja trochę się zmieniała w momencie w którym ktoś się decydował na związek.
Samotny gej jest okej!
Zakochany… cóż… musiał znieść swoją porcję kpin i dokuczanie.
Wyglądało to jakby ludzie byli skłonni szybciej się pogodzić z tym, że ktoś odczuwał pociąg seksualny do osoby tej samej płci, niż z tym, że na fakcie mogą się w sobie zakochać.
Seks jest okej, ale miłość jest zarezerwowana dla hetero! Gorzej, bo sporo gejów myślało podobnie, co było bardzo smutne.
Idąc przez plac pełen studentów, Levay potrząsnął głową nad własnymi przemyśleniami. Rzeczywistość wydawała się po prostu bardziej okrutna w taki piękny, choć chłodny dzień jak ten.
Zgarnął poły kurtki i poprawił plecak rozglądając się wokół. Nie bardzo miał ochotę na lunch, ale musiał czekać, aby się przekonać czy ma ostatnie zajęcia, czy nie. Mógł więc równie dobrze zostać.
Jego pokój do tej pory pewnie był pokryty grubą warstwą walentynkowych kartek i misiów. Jego współlokator Tom, był przez większość studentów uważany za „dar Boga dla kobiet” i w walentynki wydawało się, że wybuchała emocjonalna bomba. Każdy kto coś znaczył lub czegoś chciał, starał się znaleźć blisko niego w takie dni. Nie ma to jak kąpać się w blasku popularności przystojnego sportowca. Tabuny dziewczyn koczujących w pobliżu ich pokoju wzbudzały w Levayu różnorakie uczucia. Z jednej strony im się nie dziwił. Tom był metrem osiemdziesiąt mniamnuśnego mięska. Człowiek czy chciał, czy nie wyobrażał sobie różne rzeczy z nim w roli głównej. Z drugiej jednak strony nie potrafił pojąć, że one co roku łudziły się, że któraś z nich wreszcie go usidli i sprawi, że właśnie ją pokocha.
Mężczyźni jak Tom, kiedy mogli mieć wszystkich, brali wszystkich, zwłaszcza jeśli to było im na tacy podane. Plotki głosiły, że nie był ponad to, żeby zrezygnować z obciągania, jeśli jakiś chłopak mu je proponował. Levay jednak nie był wystarczająco zainteresowany, aby się dowiedzieć. Nie chciał stracić resztek szacunku dla Toma i dla tych idiotów, którzy mogliby się zgodzić na takie traktowanie.
Śmiech i radosne okrzyki zwróciły uwagę Levaya. Już praktycznie był pod drzwiami kafeterii, ale ilość ludzi zmierzających w każdym kierunku zwalniała jego tempo. Wszyscy mieli uśmiechy na twarzach, a w ramionach pluszaki i kwiaty, szczególnie dziewczyny. Chłopacy z kwiatami wydawali się czuć niekomfortowo szukając raczej gwałtownie swoich wybranek, aby wręczyć im oznakę swoich uczuć. Zawsze bawiło go to, że mężczyźni czuli się tak nieswojo, kiedy otrzymywali kwiaty. To był przecież miły gest, a kwiaty są piękne.
Młoda blondynka wpadła na niego potrącając lekko. Zaskoczony podtrzymał ją, ale zanim zdążył sformułować przeprosiny, dziewczyna z uśmiechem wręczyła mu szarego, kudłatego misia z sercem na kokardce.
– Twój Walenty poprosił, abym ci to dała, na znak jego uczuć! Chciałby kiedyś mieć szansę na to, aby cię objąć i przytulić! – zawołała chichocząc radośnie. Uciekła, zanim Levay zdołał wyjść z szoku.
Ogłupiały przez moment patrzył za znikającą wśród ludzi postacią. Jego mózg zapauzował się i za nic nie chciał ruszyć. Tylko jego ciśnienie podskoczyło gwałtownie, przyśpieszając jego puls.
Mój Walenty? Jaki? – Myślał rozgorączkowany. –Przecież nikt nawet cienia zainteresowania nim nie wykazał!
Maskotka była śliczna, ale nie miała przyczepionej żadnej notatki ani wskazówki, ułatwiającej rozpoznanie nadawcy. Serce Levaya zaczęło walić mu w piersi z zaskoczenia i ekscytacji.

Niee… nie powinien się za bardzo emocjonować. To pewnie jakiś żart jego kolegów, na brak których nie narzekał i którym będzie musiał skopać tyłek.

Mimo wszystko jego głupie serce nie wydawało się zniechęcone. Jak durny muskuł ściskało się, kiedy przytulając miśka do piersi rozglądał się dookoła, łudząc się nadzieją, że może uda mu się dojrzeć czy ktoś go obserwował.
Niestety okazało się to praktycznie nie możliwe. Zbyt wielu studentów miało właśnie przerwę na lunch. Co poniektórzy machali do niego przyjaźnie i witali się nawet, jeśli tylko w przelocie.
Lekko niepewnie, ale z głupawym uśmiechem, którego nie potrafił się pozbyć z twarzy, kupił sobie kanapkę z tuńczykiem, sok i jabłko, i usiadł przy stoliku na końcu sali. Dokładnie pół kanapki cieszył się samotnością i spokojem, dumając nad niespodziewanym, tajemniczym misiem.
Czy powinien nadać mu imię? Kto chciał mu zrobić taki żart? Czy głupie by było gdyby go zatrzymał?
Jego rozmyślenia i powolne rzucie kanapki zostało przerwane, kiedy dwóch jego przyjaciół ze śmiechem i żartami przysiadło się do jego stolika, nawet nie pytając czy potrzebuje towarzystwa. Evan, szarooki brunet z permanentnym uśmiechem, miał uwiązanego u szyi balona wypełnionego helem. Wielkie serce unosiło się jakieś pół metra nad jego głową, a czerwony napis głosił: „Kocham wszystkie kobiety”. Levay zdławił potrzebę przewrócenia oczami. Evan walczył ze swoją seksualnością najróżniejszymi sposobami i jak na razie to była przegrana walka, on jednak się nie poddawał.
Zack miał za to uwiązany u szyi pęk breloczków z walentynkowymi motywami i starannie wykaligrafowanym numerem jego telefonu na drugiej stronie. Szczupły blondyn był przyjazny i straszliwie nieśmiały, wykorzystywał więc okazję do poderwania dziewczyn, tak aby jego starania były w najgorszym wypadku poczytane za żarty i zabawę. Levay czasem miał ochotę nim potrząsnąć. Był przekonany, że Zack miałby wielkie powodzenie, gdyby nie ukrywał swojej nieśmiałości pod maską żartownisia.
– Uuu… lover boy… – zawołał Evan ze śmiechem, wskazując maskotkę siedzącą przy tacy Levaya. – Kupidyn cię dopadł? – zakpił, podkradając jabłko przyjaciela.
– Jakbyś nie wiedział, dowcipnisiu! – odparł Levay już praktycznie przekonany, że to żart przyjaciół. Musiał w sumie zacisnąć palce na butelce soku, aby nie sięgnąć po swojego misia. On naprawdę chciał go zatrzymać. – Który z was wpadł na taki absurdalny pomysł, aby mi dać maskotkę? – zapytał, podejrzliwie przyglądając się przyjaciołom.
Obaj mężczyźni spojrzeli na niego pustym wzrokiem, jakby nie pojmowali o czym mówi.
– Dostałeś Walentynkę i nie wiesz od kogo? – zapytał Zack absolutnie zaskoczony.
– Jak to nie wiem od kogo! – zdenerwował się Levay, odsuwając od siebie tacę i biorąc maskotkę do ręki. – Przecież wiem, że od was!
Obaj towarzyszący mu mężczyźni popatrzeli po sobie wzruszając ramionami, kiedy jednak spojrzeli na niego, Levayowi wydawało się, że patrzą na niego jak na wariata.
– Sorry bracie, ale nie wpadłoby nam do głowy, żeby ci robić jakieś numery. – Zaprzeczył stanowczo Evan. – Przecież wiesz, że w walentynki jedyne o czym myślimy to laski! – Wyszczerzył zęby w uśmiechu tak szerokim, że rekin mógłby się od niego wiele nauczyć. – Jakaś laska się w tobie zabujała i dała ci maskotkę, a ty się jeszcze czepiasz!
– Ha! Skąd wiesz, że dziewczyna dała mi misia? – zapytał Levay triumfalnie, spoglądając na swoich przyjaciół.
– A kto ci miał dać? – Evan spojrzał na niego zagubiony.
Levay przez sekundę rozważał czy nie trzepnąć przyjaciela w ucho. Ten facet był po prostu dobijający.
– Spodziewam się, że chłopak, zwłaszcza, że wszyscy, włącznie z tobą wiedzą, że jestem gejem! – zawołał trochę głośniej niż zamierzał, bo kilkoro studentów zwróciło na nich uwagę. Evan zaczerwienił się po korzonki włosów, zwłaszcza, że Zack parsknął śmiechem.
– Bzdury gadasz! – wymamrotał brunet opuszczając spojrzenie na kubek kawy, który trzymał w dłoni. – Nie jesteś gejem.
– Evan… nie oszukuj się w moim imieniu, wystarczy, że robisz to w swoim… – zaczął Levay z ciężkim westchnieniem, Zack jednak uznał, że czas na interwencje.
– Mówisz, że nie wiesz od kogo ta maskotka?

– Ponoć mój Walenty, chciał abym miał misia na dowód jego uczuć. Tak przynajmniej powiedziała ta dziewczyna, która mi go wręczyła, zanim zwiała. – Levay pozwolił na zmianę tematu, bo nie chciał wszczynać awantury i bezsensownej dyskusji.

– Wow, facet! I co teraz zrobisz? – zapytał podekscytowany Zack. Evan tylko zacisnął wargi.
– A co mam zrobić? Nic. – Levay wzruszył ramionami. – Przecież nawet bladego pojęcia nie mam kto to może być… Ale gdybym miał – uśmiechnął się figlarnie – chętnie bym mu się odwdzięczył.
Zach parsknął śmiechem, a Evan zachłysnął się kawą. Prowokacyjne, dwuznaczne teksty nie były w stylu Levaya, ale choć raz chciał poczuć coś ekscytującego i podniecającego.
A co było bardziej podniecające niż Tajemniczy Wielbiciel?
– Levay? – padło ciche pytanie z ust nagle stojącego przy ich stoliku wysokiego młodzieńca. Chłopak miał zawadiacko opadającą na policzek grzywkę, a niebieskie oczy błyszczały figlarnie. Samotna długa, czerwona róża tkwiła w jego dłoni. – Twój Walenty chciałby wyrazić choć w niewielkim stopniu swoje uczucia, tym skromnym kwiatem. Ma nadzieję, że kiedyś sam będzie miał szansę powiedzieć ci co czuje.
Cała siedząca trójka wlepiła spojrzenie w nieznajomego, który z lekkim ukłonem wręczył różę Levayowi i z mrugnięciem skierowanym na Evana, zniknął w mgnieniu oka.
Levay miał wrażenie, że serce wyskoczy mu gardłem. Jak idiota wlepił otępiałe spojrzenie w swoich przyjaciół, ci jednak wpatrywali się w różę oczyma wielkości spodków.
Co się do cholery dzieje? Przecież, to zbyt piękne, żeby było prawdziwe!
– Czy…? – zapytał niepewnie, spoglądając na kwiat w dłoni. Płatki były aksamitne, kiedy dotknął ich opuszkiem palca. Czerwień kwiatu wręcz krwista, a zapach delikatny i oszałamiający. Cała łodyga była pozbawiona cierni.
– O tak! – potwierdził Zack z głupawym uśmieszkiem na ustach.
Evan za to siedział sztywno zaczerwieniony po nasadę włosów, jakby to on dostał różę od mężczyzny siedząc po środku kafeterii wypełnionej po brzegi.
– Dobra, spadamy – zawołał nagle się podrywając z miejsca. – Właściwie przyszliśmy powiedzieć ci, że mamy ostatnie zajęcia.
Ruszył do drzwi nawet się nie oglądając za siebie, nie czekał nawet na to, aby zobaczyć czy Levay i Zack poszli za nim.
– Facet, mam wrażenie, że Evan coraz trudniej to znosi – wymamrotał Zack, czekając aż Levay pozbędzie się resztek jedzenia i odda tacę.
– Co? – zapytał Levay przytulając różę i misia do piersi. – Chyba własną głupotę!
Jego towarzysz wzruszył ramionami nie znajdując na to dobrej odpowiedzi, za to z krzywym uśmieszkiem wskazał na skarby Levaya zaborczo przyciśnięte do jego ciała.
– Wielbiciel, hę?
– Pojęcie nie mam – przyznał Levay cicho, wpadając w krok, przy boku przyjaciela. – Ale mam nadzieję, że tak…
Kiedy jego towarzysz zaczął się śmiać, miał ochotę trzepnąć go w potylicę.
– A co jeśli okaże się brzydki? – Zack po prostu musiał dolać oliwy do ognia.
Levay otrząsnął się nagle wewnętrznie. Nie był płytkim facetem, ale miał gdzieś tam w głowie zakorzenione pragnienie, aby spotkać „księcia z bajki”. Miał wręcz nieodparte pragnienie modlić się, aby mężczyzna, który zadał sobie tyle trudu, żeby stworzyć taką romantyczną oprawę dla niego, był atrakcyjny. W jego przekonaniu na atrakcyjność składało się wiele czynników, nie tylko sam wygląd. Nie miał pojęcia jak się zachować, gdyby nie było między nimi żadnego pociągu.
O ile oczywiście to nie jest jakiś okrutny żart!
Niektórzy studenci nie byli ponad to, żeby wyciąć komuś taki głupi żart bez względu na czyjeś uczucia.
Głos lektora buczał gdzieś tam na peryferiach jego świadomości i nie przebijał się przez natłok myśli w jego głowie. Za nic nie potrafił się skoncentrować, nie żeby jakoś szczególnie się starał. Róża leżąca przed nim po prostu pochłaniała całą jego uwagę.
Żart czy prawda? Żart czy prawda? Ktoś robi sobie zabawę jego kosztem czy na fakcie coś do niego czuje? I jak się dowiedzieć?
Pod koniec zajęć miał ochotę wrzeszczeć z frustracji. Jak maniak wpatrywał się we wszystkich swoich znajomych.
Czy któryś z nich zachowywał się podejrzanie?
Dziewczyny chichocząc, zerkały na niego z ciekawością, ale nawet kiedy szeptały między sobą i tak go to nie ruszało. Męska część zaś wcale nie zwracała na niego uwagi, co przyjmował z ulgą. Nie wyobrażał sobie, żeby umawiać się z którymś ze swoich znajomych. Zresztą nie podejrzewał ich o taki romantyzm i otwartość.
Cała ta tajemniczość i romantyka wzbudzały w nim cichą nadzieję i ekscytację, ale Levay trochę się bał. Chyba by nie przeżył gdyby ktoś go wyśmiał w twarz, kiedy już po cichu zaczął sobie robić nadzieję.
Z ciężkim westchnieniem zgarnął swoje rzeczy i ruszył do swojego pokoju. Cokolwiek przyniesie popołudnie i wieczór, musiał wziąć się w garść, a nie zachowywać jak zauroczona nastolatka.
Przez moment rozglądał się za Evanem i Zack’iem, ale mężczyźni zerwali się zaraz po zajęciach i zniknęli w tłumie dziewczyn. Nie chciał spędzać popołudnia sam, ale wyglądało na to, że nie będzie miał wyboru. Wlokąc się wyminął kolejną grupkę piszczących z podniecenia dziewczyn. Przynajmniej one miały ubaw i cieszyły się z dnia.
Zazdrościł mi coraz bardziej. Chciałby choć raz spędzić romantyczny wieczór z kimś, kto choćby w pewnym stopniu był nim zainteresowany na poważnie.
Ogromne serce z czekoladek wyrosło tuż przed jego twarzą, tak że praktycznie wpadł na dziewczynę, która je trzymała. Piegowaty rudzielec z szerokim, ślicznym uśmiechem wręczył mu pudełko.
– Twój Walenty uważa, że jesteś najsłodszym chłopakiem jakiego zna i ma cichą nadzieję, że będzie miał okazję przekonać się osobiście jakie słodkie masz usta! – zawołała i odwróciła się na pięcie, żeby zniknąć. Levay nie miał jednak zamiaru stać jak idiota tym razem. Złapał ją za ramię i zatrzymał. Dziewczyna pisnęła zaskoczona.
– Kto ci to dał? – zapytał na wpół zły, na wpół z nadzieją. Nieznajoma tylko uśmiechnęła się wyrywając z uścisku.
– Ja jestem tylko kupidynem.
– Hej, nie rób mi tego! Powiedz mi od kogo to! – zawołał za nią.
– Nie mogę, nie byłoby niespodzianki!
Z pełnym irytacji westchnieniem spojrzał na bombonierkę. Była ogromna i zawierała wszystkie jego ulubione czekoladki.
Tak, lubił czekoladki, kwiatki i misie. Pozwijcie go!
Kto jednak znał go wystarczająco dobrze, aby to wiedzieć?
Żadna odpowiedz nie przychodziła mu do głowy. Po pierwsze nie ukrywał tego kim jest ani jaki jest. Po drugie ze względu na Toma, Evana i Zacka przez jego życie przewijało się bardzo wielu ludzi. Jedni byli bardziej interesujący inni mniej, ale mógłby na palcach jednej ręki wyliczyć mężczyzn, którzy wykazali nim jakiekolwiek zainteresowanie po za zwykłą sympatią.
Jedno wiedział jednak z całą pewnością. Musiał zawitać do księgarni w której widział perfekcyjny prezent dla swojego Tajemniczego Adoratora. Ściskając pod pachą czekoladki i misia, schował delikatnie różę pod kurtką. Nie darowałby sobie, gdyby coś jej się stało.  Z determinacją ruszył w poszukiwaniu swojego prezentu. Nie spodziewał się, że będzie potrzebował walentynki, ale nie oznaczało to, że nie zerknął tu czy tam. Piętnaście minut później z uśmiechem zadowolenia, ale i też uczuciem niepewności ruszył do siebie.
Korytarz akademika był zasypany konfetti w kształcie serc, a pod sufitem unosiły się balony. To mogło oznaczać tylko tyle, że była planowana impreza wieczorem. Wszyscy wydawali się wręcz nakręcać. Muzyka i śmiechy docierały do niego z różnych stron.
Dla niego zaś wraz z mijającym czasem ekscytacja zamieniała się w irytację. Po co ktoś mu zawracał głowę, jeśli nie dawał mu szansy na to, aby się przekonać kto, to był?

Tak jak przewidział pokój był wypchany po brzegi maskotkami siedzącymi na łóżku Toma, biurku i niewielkiej szafce nocnej przy łóżku. Pokój był podzielony na pół i obie strony wyglądały identycznie, z tym że po stronie Levaya było mniej rzeczy no i brak walentynek wypełniających całą powierzchnię. Pokój nie był zbyt wielki, ale obaj z Tomem dawali radę nie wchodzić sobie w paradę. Każdy bałaganił tylko po swojej stronie.

– Cześć – zawołał Tom, wchodząc do pokoju w samym ręczniku, niedbale owiniętym wokół szczupłych bioder. Woda spływała mu po karku i muskularnej piersi. Blond włosy miał gładko zaczesane do tyłu. Gdyby nie to, że Levay miał okazję napatrzeć się na swojego rozebranego współlokatora, prawdopodobnie już by się ślinił na jego widok. Ale tak jak było miał okazję przyzwyczaić się do tego widoku i nawet miał czas, aby wytłumaczyć swojemu libido, że sam przystojny wygląd nie wystarczył, aby utrzymać jego zainteresowanie.
– Cześć – odparł lekko, chwytając kubek z szafki i wypełniając go wodą wstawił do niego różę. – Nie mów mi, że planujecie imprezę na korytarzu…
– Dobra nie powiem. – Tom roześmiał się zrzucając z siebie ręcznik i nonszalancko wciągając na swoje muskularne pośladki  seksowne czarne bokserki.
Levay przewrócił oczami. Naprawdę to już zaczynało być nudne. Tom go podpuszczał, choć pewnie nie wiedziałby co począć, gdyby za którymś razem Levay zareagował.
Bez zastanowienia wrzucił plecak pod łóżko, a pudełko czekoladek schował do szuflady. Przez moment stał ściskając misia w dłoni. Co miał z nim zrobić? Po chwili zastanowienia w końcu ze wzruszeniem ramion podszedł do łóżka, aby go posadzić na poduszce. Dopiero po chwili zorientował się, że na łóżku leży zaklejona biała koperta. Gdyby nie wypisane imię Levaya nie zauważyłby jej.
Drżącą dłonią sięgnął po nią. Jeśli teraz nie okaże się kto jest nadawcą, chyba tego nie wytrzyma.
Bardziej przerażony niż podekscytowany rozdarł papier. Charakter pisma na wierzchu koperty nic mu nie mówił. Miał nadzieję, że więcej się dowie ze środka.
Kartka była urocza. Szary miś, taki jak ten, którego dostał trzymał w łapkach wielkie serce uśmiechając się do Levaya uroczo. Z sercem łopoczącym mu w gardle otwarł ją. Szaleńczo modlił się, aby to nie okazał się jakiś chory żart. Chyba by znienawidził walentynki.
„Nie znam wierszy, ani pięknych słów, którymi mógłbym wyrazić to co czuję. Jedyne co mogę, to przyznać, że pragnę, abyś dał mi szansę i mnie poznał tak naprawdę…
Zapraszam cię do siebie dziś wieczorem. Proszę, bądź moim Walentym. Jeśli zaczekasz na mnie, będzie to oznaczało, że przyjmujesz moje zaproszenie na kolacje.
Tak czy inaczej przyjdę po ciebie o siódmej.”
Levaya zamurowało tak bardzo, że mógł tylko stać i się gapić w kartkę, którą ściskał w dłoni. Był w szoku. Nie tylko na nowo obudziła się w nim nadzieja, ale i podniecenie ścisnęło jego żołądek. Pięćset różnych sytuacji i opcji przemknęło przez jego głowę. Wyobraził sobie chyba wszystko. Od absolutnego rozczarowania, kiedy któryś z jego wrednych znajomych wyśmieje mu się w twarz, po namiętną noc z nieznajomym.
– Co tam masz? – Tom zajrzał mu przez ramię, zaskakując Levaya. – Randka?
– Na to wygląda… Chyba, że to jakiś twój żart? – przyjrzał się mężczyźnie podejrzliwie. Ten jednak tylko potrząsnął głową ze śmiechem.
– Nie. Mnie randki nie interesują… nie zrobiłbym więc takiego świństwa innemu facetowi. – Tom rozłożył ręce w geście poddania. – Wiesz, że tylko twoje od lat twardo utrzymywane zasady trzymały tłumy chętnych lasek z dala od naszego pokoju? Facet gdyby nie ty, chyba nie mógłbym nawet ubrać się w spokoju.
– Na serio, nie do końca jestem pewien czy to jest powód do radości – wymamrotał Levay pod nosem.
Jeszcze do końca nie przekonany, już w duszy planował co zrobić. Miał dwie godziny, żeby się przyszykować. Z niecierpliwością wibrującą w całym jego ciele ruszył pod prysznic, w głowie planując co na siebie założy. Nie chciał wyjść na zbyt chętnego ani zdesperowanego, z drugiej strony chciał pokazać, że docenia starania swojego Adoratora.
Krytycznie obrzucił swoją sylwetkę w lustrze. Czarna koszulka z długim rękawem i ciasne jak namalowane jeansy podkreślały szczupłość jego ciała. Nie na to nie mógł poradzić, że zawsze właśnie taki był. Bez względu na to ile ćwiczył czy co jadł. Nie był zbyt wysoki, ale też nie miał o co się martwić z metrem siedemdziesiąt pięć. Włosy trochę wymknęły mu się spod kontroli, bo zawalił ostatnią wizytę u fryzjera i brązowa grzywka opadała na jego czoło. Ciemne, grube brwi odcinały się na jego jasnej cerze, tak samo jak ciemnoniebieskie oczy, ale dziewczyny zazdrościły mu rzęs. Tylko usta go denerwowały. Zawsze ciemnoczerwone i wypukłe. Wydawały mu się zbyt kobiece, często więc zaciskał je zbyt mocno. Z westchnieniem przejechał dłonią po karku.
Cóż, jeśli miał adoratora, to najwyraźniej podobał mu się taki jaki był. A przynajmniej miał wielką nadzieję, że tak było. Im więcej czasu mijało i więcej głosów przewijało się za drzwiami, zaczynał denerwować się coraz bardziej. Pokonując trzęsące się dłonie przygotował swoją walentynkę. To nie było nic wielkiego, ale przecież ponoć liczył się sam gest.
Ostatnie pół godziny przed umówionym czasem było koszmarem. Levay drżał w środku. Nie tylko nie mógł usiedzieć na miejscu, ale też nie wiedział co myśleć. Podniecenie zmieszane z niecierpliwością było wybuchową mieszanką. Jeszcze nigdy nie czuł się tak jak w tym momencie.
Jak miał zareagować? Jak się zachować? Nonszalancko i na luzie? Czy poważnie i spokojnie?
Taaa, jasne, spokojnie… jakby to było możliwe fizycznie.
Dobrze, że Tom wyszedł i nie był świadkiem jego dziecinnego, idiotycznego zachowania. Chyba umarłby z upokorzenia. W końcu to nie tak, że to była jego pierwsza randka. Ale atmosfera towarzysząca tej całej tajemniczej sytuacji nadawała jej surrealistyczności.
Z kolejnym ciężkim westchnieniem, stanął na środku pokoju i pocierając spocone dłonie, spróbował się zrelaksować. Był napięty jak struna. Nerwy po prostu go zżerały. Każdy głośniejszy trzask za drzwiami sprawiał, że podskakiwał na miejscu. Patrzenie na zegarek tylko jeszcze spowalniał czas. Musiał się opanować, bo istniała duża szansa, że zrobi z siebie idiotę, bez względu na to czy okaże się, że nie istnieje żaden Tajemniczy Wielbiciel, czy jakiś nieznajomy stanie na jego progu.
Pukanie do drzwi prawie przyprawiło go o zawał serca. Z niedowierzaniem spojrzał na zegarek. Zostało jeszcze piętnaście minut, co mogło oznaczać, że pod drzwiami stał ktoś inny. Czemu nie pomyślał o tym, że może zjawić się pierwsza lepsza osoba w każdym momencie?
Z niezrozumiałą ulgą Levay otwarł drzwi, drwiąc z siebie i swojego idiotycznego zachowania w duchu.
Na progu stał jeden z przyjaciół Toma, Scott Ashton. Wysoki, muskularny blondyn z pięknym uśmiechem. Sportowiec, niekiedy towarzyszący Tomowi, ale w opinii Levaya znacznie przystojniejszy od niego. Z dłońmi wciśniętymi w tylnie kieszenie niemożliwie ciasnych jeansów, ciasnej białej koszuli i z nieśmiałym uśmiechem wpatrywał się w Levaya, jakby czekając na jego reakcję.
Levay zarumienił się pod badawczym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu. Jego wnętrzności wykonały śmieszny obrót, zmieniając całe jego ciało w lekko dygocącą galaretkę.
– Mm… cześć – wymamrotał, wymierzając sobie mentalnego klapsa, za samo pomyślenie, że facet jak Scott mógłby się nim zainteresować i mógłby być jego tajemniczą randką. – Niestety Toma już nie ma… – Wskazał dłonią pusty pokój. – Nie mam też pojęcia gdzie mógł się wybrać – dodał nieporadnie.
Scott uśmiechnął się lekko, opuszczając na chwilę spojrzenie na podłogę. Wyglądało na to, że zbierał się w sobie. W końcu z westchnieniem zrobił krok w przód i praktycznie staranował Levaya zamykając za nimi cicho drzwi.
– To się świetnie składa, że go nie ma – powiedział Scott cicho, wpatrując się w oczy Levaya poważnie. – Tylko by przeszkadzał.
Ciepły baryton zerwał w żołądku Levaya stado oszalałych z podekscytowania motyli.
Czyżby… nie? To niemożliwe. Czyli jednak żart
– Scott co cię sprowadza w takim razie? – zapytał Levay trochę ochryple, ale głównie udało mu się ukryć rozczarowanie i złość. Może jeśli będzie udawał, że nic się nie stało, Scott nie wyśmieje go całkowicie.
– Przepraszam, że zaskoczyłem cię o piętnaście minut za wcześnie, ale nie chciałem dać ci szansy, żebyś uciekł – wyjaśnił cicho mężczyzna, podchodząc, do roztrzęsionego, zaskoczonego Levaya. – Bez względu na to czy zdecydowałeś się przyjąć moje zaproszenie, czy nie, chciałem mieć okazję, aby spróbować cię przekonać…
– Ty… to znaczy ty… że… ty… – zaczął się jąkać Levay nieskorodowanie wskazując ręką za siebie na rzeczy, które dostał. Nie mógł uwierzyć w to co się działo. Miał tak wielkie zamieszanie w głowie, że praktycznie ugięły mu się kolana, kiedy znalazł się w ciepłych, silnych objęciach wyższego o kilka centymetrów mężczyzny.
– Tak to ja – przyznał Scott z nieśmiałym uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie jesteś rozczarowany…
Levay zaniemówił po raz kolejny. Emocje szarpały jego nerwami. Był jednocześnie zachwycony i przerażony.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – zawołał, wyrywając się z uścisku i stając kawałek dalej z ramionami zaplecionymi na piersi w obronnym geście. Scott ponownie wcisnął dłonie w tylne kieszenie, przestępując niespokojnie z nogi na nogę. – Oczywiście, że nie jestem rozczarowany… zszokowany chyba bardziej by pasowało. Nawet nie wiem co o tym wszystkim myśleć! Znamy się dwa lata, a ty nagle robisz mi taki numer?! – rzucił obracając się plecami do swojego towarzysza. Nie chciał, żeby wydało się jak bardzo miał nadzieję na tę randkę. Problem jednak był w tym, że Scott nigdy nawet przez sekundę nie wspomniał, że może być gejem czy choćby bi-ciekawy.
– Wszystko ci wyjaśnię, obiecuję. Tylko pozwól mi się zabrać na kolację – powiedział Scott, stając za plecami Levaya i kładą wielkie dłonie na jego ramionach. Jego usta znajdowały się tuż przy uchu mężczyzny i całe jego ciało pokryło się gęsią skórką. – Wierz mi, wszystko co czuję próbowałem ci przekazać. Teraz tylko proszę o szansę, na to, aby to udowodnić – poprosił cicho, całując delikatnie jego kark i szyję.
Przez sekundę Levay myślał, że nogi się pod nim ugną. Dwa, trzy delikatne pocałunki i wyszeptane obietnice, i jego kolana zmieniły się w gotowany makaron. Z westchnieniem, wyrzucając ostrożność na wiatr, oparł się o szeroką pierś za plecami i nieświadomie odchylił na bok głowę, aby dać lepszy dostęp gorącym ustom mężczyzny. Scott natychmiast objął go silnymi ramionami w pasie i przycisnął do siebie.
– To był najromantyczniejszy dzień w moim życiu – wymamrotał Levay, starając się trzymać choć odrobiny rozsądku, ale cała krew dość gwałtownie zaczęła spływać w dół jego ciała, zmieniając centrum dowodzenia na niewłaściwą głowę. – Mam nadzieję, że mi go nie popsujesz…
Scott roześmiał się z ulgą, przytulając go jeszcze mocniej. Wielka erekcja wbijająca się w dół kręgosłupa Levaya była nie tylko obietnicą, ale i potwierdzeniem uczuć mężczyzny. Przynajmniej tego, że pragnął Levaya.
– Teraz czeka cię najromantyczniejszy wieczór w życiu – obiecał, lekko zdyszany Scott.
Levay nie miał czasu pozbierać się do kupy, a już jechał do mieszkania Scotta. Wraz z młodszym bratem Rossem i jego dziewczyną Caren wynajmowali apartament tuż po za kampusem. Levay nigdy nie miał okazji tam być, ale też nie przyjaźnił się ze Scottem jakoś szczególnie. Niekiedy spotykali się, kiedy Scott odwiedzał Toma, ale Levayowi wydawało się, że mężczyzna nie przepadał za tłumami i raczej unikał imprez w których gustował Tom, widywali się więc czasem w pokoju Levaya spędzając razem trochę czasu przy piwie i pizzy, kiedy Tom w końcu decydował się na wzięcie za naukę.
Apartament był przystosowany do życia dla kilku studentów. Główne pomieszczenie było salonem, aneksem kuchennym i jadalnią. Wielka kanapa stała zwrócona w stronę dużego telewizora zawieszonego na ścianie, a pod spodem znajdował się Xbox i kilka joysticków.
Pod jedną ze ścian stał stół z sześcioma lekko zużytymi krzesłami, a po lewej od wejścia znajdowała się kuchnia, która wydawała się być wyposażona w same użyteczne urządzenia. Na około pomieszczenia znajdowały się cztery pary drzwi.
– Witaj w naszym małym królestwie – zawołał Scott wciągając go za rękę do środka. Otoczył wnętrze machnięciem ręki. – Jak widać tutaj znajduje się nasze centrum dowodzenia. Pierwsze drzwi należą do Rossa i Caren, drugie to łazienka i dzięki Bogu, że rozdziela nasze pokoje, a następne drzwi są moje. Na końcu jest pokój, który należał do Caren… zanim zakochała się na zabój w moim bracie… – Pokręcił głową z trochę złośliwym uśmiechem, jakby nie pojmował jak to się mogło stać.
– Nieźle – przyznał Levay, rozglądając się uważnie. Mimo, że nadal czuł się nieswojo postanowił się bawić tak dobrze, jak to tylko będzie możliwe. Kiedy nadarzy mu się druga taka okazja, nawet nie chciał zgadywać. – Chyba ci nawet zazdroszczę. Chciałbym mieć taki spokój i swobodę.
Pomieszczenie było posprzątane, ale na regale znajdującym się pod jedną ze ścian znajdowało się wszystko. Książki, bibeloty, zdjęcia i drobiazgi. Dwa ogromne fotele stały z boku, z małym stoliczkiem poznaczonym śladami od kubków kawy, między nimi.
– Rozgość się – zaprosił go szarmancko do stołu Scott. – Mam nadzieję, że ci będzie smakowało. Ja włączę muzykę. – Sekundę później z radia cicho popłynęły walentynkowe przeboje.
Na wierzchu stołu znajdowały się zwykłe białe serwetki i dwa nakrycia, znajdujące się naprzeciwko siebie. Nieopodal stały małe niezapalone grube świeczki w białym i czerwonym kolorze. Levay pociągnął nosem prawie jęcząc z zachwytu. Wspaniały zapach spaghetti sprawił, że ślinka napłynęła mu do ust.  Scott nucąc cicho uwijał się po kuchni. Jego seksowny tyłeczek podrygiwał do taktu, kiedy szykował jedzenie. Oczy Levaya nie mogły się oderwać od tego cudu. Palce praktycznie świerzbiły go, żeby podejść do mężczyzny i objęć te idealne półkule. Nadal nie potrafił uwierzyć, że tutaj był.
Wielka salaterka parującego spaghetti znalazła się na stole, a zaraz za nią sałata i czosnkowe pieczywo.
– Częstuj się – zawołał Scott wracając ze szklankami, kieliszkami, wodą i czerwonym winem. – Zapewniam cię, że głód jest najlepszym kucharzem i bardzo szybko wraz z bratem nauczyliśmy się gotować. Rozstanie z kuchnią mamy okazało się bowiem bardzo bolesne.
– Nawet mi nie mów. Nie udało mi się jeszcze znaleźć niczego co byłoby choć namiastką tego do czego byłem przyzwyczajony w domu. – Praktycznie jęknął zabierając się za jedzenie. Danie było po prostu boskie. Od nieudanego lunchu minęły godziny i teraz wręcz z rozkoszą zajął się jedzeniem. – Mmmm… pyszne…
– Dzięki – wymamrotał Scott lekko rumieniąc się. – Za nas! – Wzniósł toast z nadzieją parząc na Levaya.
– Za nas! – odparł Levay z równie wielką nadzieją.
Reszta posiłku minęła im niemal w ciszy. Myśli Levaya kotłowały się w jego głowie i nawet nie wiedział od czego zacząć. Scott po za wielkimi uśmiechami posyłanymi w jego kierunku, nie mówił nic.
– Dziękuję – wysapał w końcu objedzony Levay, odsuwając od siebie pusty talerz. Czerwone wino, które zaserwował Scott pasowało idealnie i był to miły akcent kolacji. Levay cieszył się z miłej odmiany, bo zazwyczaj pił piwo. Tym razem jednak chciał, aby wieczór był szczególny i inny. Chciał mieć miłe wspomnienia, bez względu na to jak się zakończy. – Pomóc ci ze sprzątaniem? – zapytał podrywając się z miejsca.
– Wystarczy, że zaniesiemy naczynia do kuchni – powiedział Scott, łapiąc go za rękę. – Mam lepsze plany na resztę wieczoru, niż zmywanie – wyszeptał, całując lekko policzek Levaya.
Cała krew uderzyła mężczyźnie do głowy. W oczach Scotta błyszczała taka namiętność, że wręcz onieśmielała Levaya. Z drżącym uśmiechem odwzajemnił pocałunek.
– Dziękuję za pyszną kolację – wymamrotał, patrząc mu w oczy i ściskając lekko ciepłą dłoń obejmującą ciasno jego palce.
– Wierz mi skarbie, cała przyjemność po mojej stronie.
Zapewnienie Scotta wywołało kolejne turbulencje w jego ciele. Jak zagubiony szczeniaczek, powędrował za mężczyzną do kuchni, wynosząc puste talerze.
– Napijesz się piwa? – Scott uwinął się ze sprzątaniem i zapalając w kilku strategicznych miejscach świece, pociągnął Levaya na sofę.
– Może za chwilę. – Levay otrząsnął się  wreszcie ze stuporu i łapiąc Scotta za biodra zatrzymał tuz przed sobą. – Moja walentynka niestety nie umywa się do twojej, ale mam nadzieję, że choć w części wyrazi to, jak bardzo doceniam twoje starania.
– Nie musiałeś… – zaprotestował Scott, nie mniej jednak przyjął małą książeczkę z karnetami.
– Musiałem, choć nie dałeś mi szans… – wymamrotał Levay, przyglądając się uważniej reakcji swojego przyjaciela. Twarz Scotta rozjaśniała się z każdą przewróconą kartką.
– „Karnet na pocałunek, zawsze i wszędzie”, „Karnet na taniec, zawsze i wszędzie”, „Karnet na spełnienie jednego życzenia” i dwa in blanco! – Wielki uśmiech wypłynął na usta Scotta. Z całych sił przytulił do siebie Levaya praktycznie odbierając mu dech. – To idealny prezent! – zawołał obcałowując mu całą twarz.
– Nie tak przemyślany jak twój – wykrztusił Levay, odwzajemniając objęcia. – Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, choć nadal jestem w szoku…
Scott zwolnił lekko uścisk i spoglądając w oczy Levayowi wyznał cicho:
– Wiem, że musiałeś przeżyć nie mały szok, ale chciałem wywrzeć na tobie wrażenie. Zawsze byłeś taki opanowany i obojętny – powiedział ze wzruszeniem ramion i niepewną miną –  że nie łatwo mi było nazbierać odwagi, aby zaproponować ci randkę. Kiedy w końcu się zdecydowałem, postanowiłem wyrazić wszystkie swoje uczucia na raz. Pragnę, abyś zawsze znajdował się w moich objęciach, chcę cię przekonać o swoich uczuciach i całować twoje kuszące, słodkie usta. Mam też nadzieję, że będziesz spędzał ze mną cały swój wolny czas…
– Wow! – W głowie Levaya zawirowało z emocji i podniecenia. Obrazy, które stworzyły słowa Scotta w jego głowie, były oszałamiające. – Wierz mi Scott, wywarłeś na mnie całe mnóstwo wrażeń – przyznał ledwie kryjąc ekscytację.
– Czy mogę użyć mój karnet? – wymamrotał Scott z ustami praktycznie stykającymi się z wargami Levaya. Sam oddech owiewający jego usta był podniecający.
– Tak! Boże, jak najbardziej tak!
Reszta utonęła w pocałunku podkurczającym palce Levaya z rozkoszy. Scott wydawał się niezaspokojony penetrując jego usta jak wygłodniały. Zabierał mu dech i zalewał ciało podnieceniem. Jego sprytny, giętki język pieścił go z wprawą i natarczywością, odbierającą mu całą wolną wole. Wielkie dłonie wplecione w jego włosy tylko jeszcze potęgowały doznania. Czuł się jednocześnie zdobyty i uwięziony. Problem jednak był taki, że nie chciałby się uwolnić nawet gdyby mógł. Całym ciałem przylgnął do potężnego ciała Scotta podniecając się samą siłą, która emanowała z mężczyzny. Wolno i równie skrupulatnie odpowiadał na pocałunek, pomrukując z przyjemności. Sama pieszczota ich warg rozpalała w jego ciele płomień. Krew pulsowała w jego głowie i pompowała niezliczone jej ilości do jego obrzmiałego, sztywnego członka. Podobne twarde wzniesienie w jeansach Scotta wręcz go oszołamiało. Miał ochotę wsunąć tam, rękę, ale nie miał odwagi. Z całych sił więc objął mężczyznę za szyję i przytulił się do niego z całych sił. Scott jęknął głośno, jeszcze pogłębiając pocałunek. Jego język nie dawał odporu, kusząc Levaya i zapraszając go do gonitwy. Oddech  w końcu stał się koniecznością, bo w głowie Levaya zaczęło wirować i obawiał się, że nogi dłużej go nie utrzymają.
Z drżącym, niepewnym śmiechem pociągnął Scotta na kanapę. Obaj usiedli ciężko, a Scott objął jego pas silnym ramieniem i przytulił do swojego boku.
– Czy mogę użyć swoje życzenie? – zapytał lekko trzęsącym się głosem.
Levay spojrzał na niego uważnie, zachwycony zarumienionymi policzkami Scotta i czerwonymi opuchniętymi od pocałunków wargami. Miał ochotę wznowić ich cudowny pocałunek, ale postanowił zaczekać. Inaczej za pięć minut rzuci faceta na kanapę i zedrze z niego ubranie.
– Oczywiście, że możesz… ale nie musisz – powiedział wolno. – Wystarczy, że powiesz czego pragniesz, a wątpię, abym dał radę ci czegokolwiek odmówić.
Scott jęknął z trudem tłumionego podniecenia.
– Skarbie, proszę cię, chcę, aby to był bardzo romantyczny wieczór – wymamrotał przez ciasno zagryzione zęby. – Kiedy jednak składasz mi takie obietnice, to wszystkie moje dobre chęci spływają do mojego krocza.
Chichocząc cicho Levay ucałował niewinnie swojego mężczyznę.
– Będę grzeczny – obiecał, choć w jego umyśle już formowały się dzikie plany. – Ja też nie chcę, aby ten wieczór skończył się zbyt szybko.
– W takim razie chciałbym zabrać cię na imprezę, którą organizuje Tom z chłopakami. – Zanim Levay zdołał zaprotestować, Scott spojrzał na niego błagalnie. – Jeden taniec i reszta wieczoru należy do ciebie. Zrobimy co zechcesz…
 Tym razem to Levay jęknął męczenniczo, niezbyt dyskretnie poprawiając swój oczywisty wzwód, w morderczo ciasnych spodniach.
– Jak będziesz karmił moją wyobraźnię takimi obietnicami, to możesz zapomnieć o wyjściu, bo z miejsca przejdziemy do drugiego etapu, twojego planu… – Pochylił się do przodu całując uśmiechniętego Scotta.
Chwilę później poczuł dwie wielkie dłonie na swoich pośladkach, przyciskające całe jego ciało do gorącego ciała mężczyzny pod nim. Kiedy i jak znalazł się na leżącym Scott’cie, nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że przyjemność promieniująca z jego krocza, wciskanego w nabrzmiałe krocze Scotta, ogłupiała go. Zatracił się w ułamku sekundy w smaku i zapachu swojego kochanka. Miał ochotę zerwać koszulę, stojącą na jego drodze i wtulić się w szeroką pieś, liżąc każdy odsłonięty kawałek skóry. Język Scotta poruszał się jego ustach w rytm bioder, które tańczyły pod nim, podniecając go po za granice możliwości. Wilgoć sącząca się z jego członka zaczęła wsiąkać w jego bokserki i Levay otrząsnął się z rozkosznego stuporu. Jeszcze chwile i nie będzie mógł wyjść, bez robienia sobie obciachu.
– Hhmmm… Scott…?
– Wiem, wiem… wychodzimy… – odmruknął mężczyzna obejmując go z całych sił i wtulając twarz w szyję Levaya. Jednym obrotem obaj znaleźli się na boku, twarzą w twarz. – Jeszcze chwila i zmieniłbym zdanie co do wyjścia…

– Jeszcze chwila i nie byłbym w stanie wyjść – skontrował Levay. wsuwając dłoń za pas nisko opadających spodni opiętych na imponującym członku i wyciągając śliskie, i błyszczące palce. Nozdrza Scotta rozszerzyły się nagle, kiedy wchłonął zapach podniecenia swojego towarzysza. Bez mrugnięcia okiem czy słowa ostrzeżenia oblizał kuszące palce, wsysając je głęboko do gorących, wilgotnych ust.

– O mój Boże! – głuchy jęk podniecenia wyrwał się z ust zaskoczonego Levaya. Nic bardziej podniecającego nie spotkało go nigdy wcześniej. Jego penis z sympatią i zazdrością zapulsował, domagając podobnego traktowania jak otrzymywały jego palce. Łapczywe ssanie odbijało się echem w całym jego ciele. – Jeśli nie przestaniesz w tym momencie, możesz zapomnieć o tym, że gdziekolwiek wychodzimy! – ostrzegł, choć z rozczarowaniem. Miał ochotę zaprotestować, kiedy uśmiechnięty, zadowolony z siebie Scott, cmoknął go w usta i poderwał się z kanapy.
Dużo wolniej usiadł Levay, jakby obolały wewnątrz. Kuszący wzgórek tuż przez jego wygłodniałym wzorkiem zdecydowanie nie pomagał.
– Dobra, wychodzimy – zawołał, zmierzając z determinacją do drzwi – jeśli nie chcesz się znaleźć po jądra głęboko w moich ustach w ciągu najbliższych sekund.
Długi, przeciągły, zbolały jęk doleciał go, zanim zamknęły się za nim drzwi. Moment później zarumieniony, pobrzękujący kluczami Scott wypadł jak burza. Jego piękne oczy błyszczały podejrzanie, a wielki uśmiech nie schodził z ust.
– Te twoje seksowne usta, to czysty grzech – powiedział, pochylając się na siedzeniu, aby skraść pocałunek. – Sama myśl o nich przyprawia mnie o permanentny wzwód.
– Bardzo dobrze – odparł nonszalancko Levay, w duszy wrzeszcząc z zachwytu i tańcząc dziki taniec.
Tak jak się spodziewał impreza Toma jak zwykle odbywała się na trzech kondygnacjach akademika. Wszystkie korytarze były wypełnione studentami. Wszędzie oczywiście dominował motyw walentynek. Scott bez wahania ujął dłoń Levaya i zaczął się przedzierać prze tłum. Co rusz, ktoś ich zaczepiał i witał, oni jednak zmierzali najwyraźniej do pokoju Levaya. Muzyka pulsowała z różnych pomieszczeń, a w jego pokoju wręcz buzowała. Tom stał oparty o framugę z papierowym kubkiem w dłoni z wianuszkiem dziewczyn go otaczających. Wszyscy jego koledzy stali w pobliżu, a małe grupki snuły się to w jedną to w drugą. Scott dojrzał swoich przyjaciół w tym samym momencie co Levay spostrzegł Evana i Zacka. Obaj zamachali w tym samym momencie i zaczęli się śmiać, kiedy dostrzegli gest.
– Levay poznaj moich kupidynów. – Scott wskazał na bliżej stojącą grupkę. Obejmując go w pasie i przyciskając do siebie, przedstawił kolejno osoby, który wcześniej dostarczały prezentów. – To moja przyszła bratowa Caren, to mój przyjaciel Warren, a to moja przyjaciółka Tess. Bez nich bym sobie nie poradził.
Cała trójka przywitała się przyjaźnie z Levayem, śmiejąc się trochę na widok jego intensywnych rumieńców.
– Nie mogliśmy nie pomóc. To był najromantyczniejszy pomysł w jakim brałam udział – Tess zaklaskała z podekscytowania.
– I po mimo mojego sceptyzmu, musze przyznać, że widać, że się powiódł – dodała Caren z figlarnym uśmiechem.
Warren zaplótł ramiona na piersi i mruknął.
– Teraz będzie diabelsko trudno, aby go przebić – przyznał, wbijając spojrzenie ponad ramieniem Levaya. – Mam rok, aby z czymś wyskoczyć.
Scott i Levay obejrzeli się jak na komendę śledząc spojrzenie ich przystojnego towarzysza. Zaskoczony Levay jęknął wewnętrznie. Jego nowy znajomy wpatrywał się najwyraźniej w Evana, który stał tuż nieopodal z miną jakby go ktoś zdzielił w twarz. Zack z głupkowatym uśmiechem za to lustrował jego i Scotta.
Niezręcznie, z gulą w gardle zwrócił się do swoich przyjaciół.
– Zack, widzę, że pozbyłeś się prawie wszystkich breloczków.
Mężczyzna podszedł bliżej ciągnąc za sobą Evana.
– No co ty – wymamrotał półgębkiem – większość schowałem, żeby laski myślały, że mam takie branie…
Dziewczyny roześmiały się, choć miały przecież nie podsłuchiwać. Sekundę później Zack stał między nimi, szarmancko się przedstawiając.
Evan za to patrzył na Levaya jakby chciał go uderzyć.
– Mógłbyś się nie obnosić z… z swoja głupotą. Gadanie, że jesteś gejem to jedno, ale afiszowanie się, to już całkiem co innego! – wysyczał przez zęby.
Ciśnienie obu mężczyzn podskoczyło, ale Levay powstrzymał Scotta zanim miał czas zainterweniować. Uważał Evana za swojego przyjaciela, bo był dobrym, zabawnym człowiekiem. Były jednak pewne granice, których nie zamierzał przekraczać nawet dla niego. Z premedytacją patrząc w oczy Evana, objął Scotta i przytulił do sobie. Mężczyzna bez protestu wtulił się w niego.
– Możesz się oszukiwać, jeśli chcesz. To twoje życie – powiedział na tyle głośno, aby było go słychać ponad muzyką, ale nie wystarczająco głośno, aby zwrócić uwagę ludzi z poza otaczającego ich kręgu. – Ja jednak się nie wstydzę tego kim jestem. I mylisz się. Nie chodzi o to, aby wrzeszczeć na każdym kroku „jestem gejem!”, chodzi o to, aby się nie wstydzić, kiedy ludzie patrzą ci w oczy i z podniesioną głową przyznawać „tak, jestem gejem”.
Bez słowa, z zaciętą miną Evan odwrócił się na pięcie i odmaszerował. Serce Levaya kroiło mu się z żalu, ale nie mógł udawać dla nikogo. Wyautował się w wieku osiemnastu lat, bo zawsze uważał, że ma prawdo do bycia sobą. Nie zamierzał dać się zamknąć w szafie nikomu.
– Wnoszę, że twój przyjaciel ma lekki problem z wyjściem z szafy? – zauważył zadumany Warren. Zamyślonym spojrzeniem odprowadzał wzrokiem sztywną, oddalającą się sylwetkę.
Zack roześmiał się sucho.
– Jego szafa ma szafę. – Potrząsnął głową ze smutkiem. – On jest tak głęboko schowany, że drzwi po drugiej stronie otwierają się pewno na Narnię.
– Mhm… – Było wszystkim co padło z ust Warrena. Sekundę później zniknął machając im na pożegnanie.
– Scott! – Wołanie Toma zwróciło uwagę wszystkich i przerwało rozmowę. – Przyłączysz się? – zapytał, wskazując kubek w dłoni. Szybkim spojrzeniem zlustrował raczej zaborcze objęcia w jakich znajdowali się Scott i Levay. – Na serio? – zapytał z niedowierzaniem.
Levay automatycznie się spiął wewnętrznie, Scott jednak tylko się roześmiał i całując jego szyję, objął jeszcze mocniej.
– Na serio – odkrzyknął. – Powinieneś spróbować sam.
Mężczyzna pokręcił głową, obejmując dwie swoje towarzyszki ramionami.
– Mowy nie ma. Nie mam ochoty na kajdanki! – Pocałował każdą z dziewczyn w policzek. – To jak pijecie czy nie?
– Sorry, ale mam obiecany taniec – Scott bez ceregieli zaciągnął Levaya do jego pokoju i dołączył do kilkorga podskakujących par. Mocno obejmując go obrócił swojego partnera tak, że znajdował się wsparty o niego plecami. Dopiero po kilku próbach zaczęli poruszać się w sposób, który choć w namiastce przypominał taniec.
– Żałuję, że wyciągnąłem cię tutaj, wolałbym tańczyć z tobą w objęciach w zaciszu mojego mieszkania, ale chciałem, abyś poznał moich przyjaciół – wymamrotał w ucho Levaya, trąc swoja budzącą się do życia erekcją o jego pośladki. – No i oczywiście chciałem się pochwalić tobą.
Levay spojrzał ponad ramieniem.
– Wybaczam ci tylko dlatego, że nie boisz się kajdanek – powiedział z prowokacją. Wielki szeroki uśmiech wypłynął na usta Scotta.
– Skarbie, już mam pomysł na kolejne walentynki!
– Dobrze. W nagrodę, możesz mnie wziąć do domu i sprawdzić mój nieistniejący odruch dławienia[i]
Levay nie miał okazji z nikim się pożegnać, tak szybko znaleźli się w samochodzie Scotta.
Podniecony i rozentuzjazmowany miał zamiar przeżyć najbardziej romantyczną noc w życiu…

[i] Gag reflex
                                                                              AkFa
 Nie roszczę sobie praw autorskich do wykorzystanego obrazka.

Mikołajkowo-świąteczne opowiadanie

czapka_mikolaja (1)
Wszystkiego najlepszego z okazji Mikołajek. 
Mam nadzieję,  że wszyscy spedzicie je wspaniale. 
W prezencie dla was pierwsza część opowiadania. 
Wierze, że wam sie spodoba 
i że czytanie sprawi wam tyle samo przyjemnosci,
 co mnie pisanie dla was… 
 Swieta jak z obrazka AkFa

Swieta jak z obrazka

By AkFa
 Wszystkie Prawa Zastrzezon
AkFa2012Anglia
 stroik
Rozdział Pierwszy
Jayson  Layland miał nieprzyjemne wrażenie, że odmroził sobie pewną integralną część ciała i to wcale nie były uszy. Drżał na całym ciele. Ubranie nasiąknęło mu wilgocią i wysysało tę odrobinę ciepła, którą próbowało wygenerować jego wnętrze. Miał uczucie, że pokrywa go lodowata zbroja w której zaledwie mógł się poruszać. Trzaśniecie drzwiami samochodu odbiło mu się bolesnym echem w przemarzniętych uszach. Skostniałe dłonie z trudem dały radę wyciągnąć z kieszeni klucze do domu, po kilkuminutowej zaciętej walce, sprawiając mu przy tym ból, który radiował w całych jego rękach.
Jakim cudem zamierzał otworzyć drzwi domu, choć ledwo się ruszał, jeszcze nie zdeterminował. Był jednak niemożliwie wdzięczny, że kolorowo ozdobiony dom sąsiadów, z którymi dzielili podjazd, rzucał choć odrobinę światła na ich wejście i drogę.
Wszystko miało być inaczej. Miało być pięknie. Miało być ciepło. Świątecznie. Jego rodzice i młodsza siostra Rosa mieli właśnie na niego czekać w ciepłym, wypełnionym świątecznymi zapachami, gwarem i Kolendami domu.
A powitała go ciemność, chłód i pustka.
Nawet nie mógł być zły. Kto mógł przewidzieć, że zostaną odcięci od świata przez śnieżycę podczas wizyty u dziadków? Śnieg nie miał skrupułów. Drogi i lotniska były nieprzejezdne, i nikt nie mógł tak naprawdę powiedzieć, kiedy sytuacja się poprawi. Pługi śnieżne były potrzebne w pierwszej kolejności do oczyszczania ulic i głównych dróg. Dojazdów do szpitali, straży, policji i parkingów. Dom jego dziadków stał na uboczu niewielkiego miasteczka. Zanim tam dotrą, będzie po świętach.
Dlatego też stał teraz przed ciemnym, odstraszającym pustką domem i nie wiedział już sam co robić. Jego załadowany po dach samochód był wyziębiony niczym lodówka od momentu w którym padła klimatyzacja i właściwie szybciej by się poruszał gdyby go Jay pchał, niż gdyby go odpalił i chciał ruszyć. Jego rzeczy były wciśnięte do środka jak popadnie. Nie miał pięciu banknotów, które by mógł nazwać swoimi i żadnych perspektyw. Święta z rodziną miały mu pomóc się pozbierać.
Teraz przerażająca samotność, która na niego czekała w ukochanym domu paraliżowała go i ogłupiała. Stał jak słup soli na trzaskającym mrozie niezdolny się ruszyć. Ciemny parterowy budynek, otoczony ozdobnym płotkiem z kutego żelaza, nie zachęcał do wejścia. Okna wręcz odstraszały ziejąc przeraźliwą pustką. Małe krzewy i drzewka posadzone przed domem, straszyły ponurymi cieniami na śnieżnobiałej pierzynce ze śniegu. Ścieżka była zasypana tak, że śnieg trzeszczał pod jego stopami. Nawet czarna metalowa furtka skrzypiała przeraźliwie. Podjazd był pokryty puszystą kołderką niczym nieskalanego śniegu, który padał cały dzień. Nie miał odwagi zrobić kroku, aby odcisnąć na nim swoje ślady.
W środku nie czekało go nic… ale i iść nie miał gdzie.
Czy w ogóle czeka go coś dobrego?
Przerażający krzyk i łomot rozdarł ciszę nocną, natychmiast zmieniając krew Jaysona w lód.
Przez kilka sekund nie potrafił zrozumieć skąd dochodzi larum. Miał problem, aby w ogóle ogarnąć sytuację. Nie wiedział co się działo, ani gdzie patrzeć. Rozglądając się w panice, poczuł jak oczy wychodzą mu z orbit na widok czerwono odzianej postaci, zsuwającej się z impetem z jego dachu. Postać rozpaczliwie czepiała się oblodzonych dachówek i zrywających się pod naporem kabli, i lampek. Nic jednak nie potrafiło zatrzymać go, ani powstrzymać impetu z jakim zjeżdżał w dół. Kilka sekund później już wisiał na gzymsie, nadal się ześlizgując. Sekundy w których zawisł na moment na krawędzi, z jeszcze większą determinacją walcząc o ratunek, były chyba najdłuższymi w ich życiu.
Jay automatycznie, na nogach zesztywniałych ze strachu i szoku podbiegł kilka ostatnich metrów, które dzieliły go od drzwi wejściowych, myśląc gorączkowo. Nie miał bladego pojęcia co robić, ale wyciągnął ręce do góry myśląc tylko o tym czy zdoła złapać, rozpaczliwie walczącą o uchwyt osobę.
Absurd tego pomysłu nie docierał do jego skołatanego, adrenaliną odrętwiałego mózgu.
Święty Mikołaj z kolejnym rozpaczliwym krzykiem runął w dół, machając rękami i nogami. Sekundę później wylądował na nim plecami, praktycznie przygniatając go całym ciężarem ciała. Nawet nie miał czasu się zaprzeć, kiedy złapał go za szeroki pas. Obaj runęli jak tona cegieł.
Żebra Jaysona zaprotestowały zapierającym dech w piersiach bólem. Cała prawa strona zapłonęła żywym ogniem. Łzy stanęły mu w oczach, a oddech utknął w gardle. Przez całe ciało jak echem przepłynęła mu fala kości–topiącego cierpienia. Mikołaj, wydawało się Jaysonowi, przez wieczność leżał nieruchomo, by w końcu ze stęknięciem zacząć potrząsać głową jakby zwalczając oszołomienie. Przyprawiło to ciało Jay’a o kolejną falę mdlącego bólu. Głuchy jęk wyrwał mu się z odmawiających współpracy płuc, bo Mikołaj znieruchomiał na moment po czym nieporadnie, gramoląc się i męcząc obrócił się na brzuch już całkowicie przyciskając otumanionego Jay’a do ziemi, wgniatając go automatycznie głębiej w śnieg.  Kilka sekund trwało zanim którykolwiek z nich mógł nabrać dość powietrza, aby wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Każdy wdech był jak przełykanie drutu kolczastego.
Czerwono odziana postać w końcu z jękiem rozpaczy, nieporadnie i z pośpiechem odgarnęła mu z twarzy śnieg. Po sekundzie wahania przyłożył mu ucho do ust, najprawdopodobniej, aby upewnić się, że Jay nadal oddycha. Długie, pełne niewysłowionej ulgi westchnienie wyrwało się z ust Mikołaja, rozwiewając przekrzywioną sztuczną brodę. Jayson przyłączył się z dużo bardziej bolesnym, próbując zwalić z siebie wielkiego durnia. Nie miał jednak dość sił na to, zwrócił przynajmniej za to  jego uwagę na siebie, tak że ich oczy spotkały się. Mężczyzna ucieszony, zamykając oczy z nieopisanej radości i ulgi. Poklepał go po policzku, następnie spojrzał na niego ponownie i z przejęciem, drżącym głosem wyznał:
Jestem gejem…
Mali pacjenci szpitala Memorial byli przeuroczy. Zabawni, słodcy i bardzo zajmujący. Potrafili wyssać z człowieka całą energię, nawet się nie męcząc. Choroba o tej porze roku nie miała znaczenia. Nie dla nich w każdym bądź razie, bo niewiele rzeczy mogło zdusić w nich świątecznego ducha. Wigilia Bożego Narodzenia była szczególna. Mike potrafił zrozumieć ich potrzebę radości, nadziei… no i uwielbienie dla prezentów, które im zaniósł. Nie potrafił powiedzieć „nie” na widok lekko drgającej bródki czy wielkich szklących się, w ich nie–całkiem niewinnych oczkach, łez. Był bezradny, kiedy wielki szczerbaty uśmiech popierał kolejną szaloną prośbę.
Minusem było jednak to, że był poważnie spóźniony i cały skrupulatnie zaplanowany dzień posypał się jak domek z kart. Nie chciał jednak przyznać się nawet sam przed sobą, że wziął na siebie za dużo obowiązków.
Lubił czuć się potrzebny. Chciał czuć się potrzebny. Pragnął akceptacji i przyjaźni. Logiczne więc wydało mu się, że najpierw musi ją dawać, skoro spodziewał się ją otrzymywać. Zwłaszcza w święta. To przecież był magiczny czas.
Teraz spocony, zmęczony i głodny wdrapywał się w wielkim, ograniczającym ruchy stroju Świętego Mikołaja na dach swojego sąsiada. Miało być tak prosto. Drabina i hop. Pięć minut i gotowe. Jedno ze złączy doprowadzających prąd do setek lampek, które pracowicie zawieszał wcześnie rano tego dnia, najwyraźniej nie stykało i cały budynek pogrążony był w ciemnościach. Nawet lampki na drzewkach przed domem nie świeciły. Wkurzało go to, bo napracował się jak idiota. A małą Rosę Layland spotka nie lada rozczarowanie.
To miała być niespodzianka dla małej dziesięcioletniej dziewczynki, kiedy wróci od babci i dziadka. Dlatego też myślał, że miał czas, aby się z tym uporać zanim wrócą z tygodniowego wyjazdu. Tak się zresztą umówił z rodzicami małej. Wszystko miało być przygotowane na ich powrót. Jedyną pozytywną stroną całej tej sytuacji było to, że Laylandowie z jakiegoś powodu jeszcze nie wrócili i przynajmniej miał okazję poprawić błąd.
Dysząc jak parowóz przeklął własną głupotę. Powinien przynajmniej wyciągnąć poduszkę, które imitowała jego wielki brzuch. Strój odziedziczony po dużo grubszym wuju praktycznie wisiał na nim i pomysł z poduszką wydał mu się taki wspaniały. Wtedy. Teraz ledwie zipiąc przepełznął naprzód domu sprawdzając ostatnie ze złączy. Jeśli to nie było to, to już nie miał pojęcia co się mogło stać. Z całą pewnością to nie mogły być żaróweczki, bo każdą sprawdził przed powieszeniem ich na dachu. Cokolwiek to było, pewne było, że nie naprawi tego po ciemku i będzie musiał wrócić rano.
A to miał być jego pierwszy wolny dzień. Tak bardzo się ucieszył, że wreszcie odpocznie. Mógłby się wyspać. Może nawet nie musiałby wcale wstawać cały dzień. Choć czuł się z tym podle, to był zadowolony, że jego rodzice mieli wrócić dopiero w drugie święto, a reszta rodzinki miała zjawić się dopiero na Sylwestra, którego hucznie miała wyprawiać jego mama. Potrzebował chwili wytchnienia i czasu dla siebie.
Zirytowany tym, że rękawiczki utrudniały mu sprawdzanie kabli, klęknął na stromym dachu drżąc wewnętrznie i zdjął je ze złością.
Nie jest wysoko, nie jest wysoko, nie jest wysoko – powtarzał w myślach starając się zapanować nad strachem. –  To był przecież tylko parterowy dom. Kilka metrów najwyżej. Nie śmiał jednak spojrzeć przez ramię w dół.
Syknął na pierwszy kontakt z oblodzonymi dachówkami. Od klęczenia bolały go kolana. Był przepocony pomimo panującego mrozu.
Z całych sił wcisnął wtyczkę… i nic.
Światełka się nie zapaliły. Z rezygnację wpełzł trochę wyżej potrząsając kolejnym złączem. Skóra ręki na której się podpierał zaczęła przywierać do lodu, wiec ze złością szarpnął się.
Głośne trzaśnięcie drzwi od samochodu w tym samym momencie było tak zaskakujące, że poderwał się na miejscu z przerażenia. Chwiejąc się i tracąc oparcie na śliskiej powierzchni z głośnym krzykiem zaczął błyskawicznie staczać się na dół. Panika zaparła mu dech w piersi, przyprawiając o mdlący strach. W ciemnościach, na oślep próbował złapać się czegokolwiek, ale kable lampek nie miały szans go utrzymać. Może co najwyżej trochę spowalniały. Nogi obute w ciężkie buciory nie znajdowały oparcia, a ciężar jego własnego ciała tylko zwiększał impet z którym się zsuwał.
Oszołomienie paraliżowało mu mózg. Nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Nawet nie potrafił dać wiary, że to tak długo trwa. Całą wieczność spadał. Strach sparaliżował go, a jego umysł wirował.
Od myśli. Chaotycznych, strasznych, rozpaczliwych.
Od strachu przed bólem.
Od żalu.
Gdyby tylko miał jeszcze jedną szansę wszystko zrobiłby inaczej. Spróbowałby żyć naprawdę.
Ale nie miał, bo rozdzierający mu ręce ból był tego najlepszym dowodem.
Zaraz skręci sobie kark i nic nie mogło go uratować.
Ostra krawędź gzymsu wbiła mu się w brzuch i przez jakiś szaleńczy ułamek sekundy nadzieja odżyła w nim, bo może miał jeszcze szansę na to, aby wszystko naprawić, aby być szczęśliwym. Zakochać się.
Zawisł na moment. Z przerażającą rozpaczą jednak szybko uświadomił sobie, że nie jest wstanie utrzymać się na oblodzonym murze. Ślizgał się, szamotał, spadał. Nie był wstanie uratować się…
Lot był krótki. Dech zapierający. Mrożący strachem krew w żyłach. Ogarniający beznadzieją.
Zderzenie z innym człowiekiem było wręcz ogłuszające. Totalnie, absolutnie szokujące. Bardziej zaskakujące niż sam upadek.
Jęcząc i krzycząc obaj padli na zaścielający przejście śnieg. Wstrząs targnął ich wnętrznościami. Uderzenie zamroczyło. Nie miał sił otworzyć oczu. Ciemność go przerażała. Powietrze lodowate i ostre rozdarło mu płuca.
Ofiara uderzenia zawyła z bólu. Mike jak w transie otrząsnął się próbując zrozumieć co się właściwie stało. Gruby gąbczasty kombinezon, który miał pod strojem nie całkiem zamortyzował grzmotnięcie, ale w jakimś stopniu ochronił i jego, i człowieka na którego spadł jak kupa nieszczęść. Ból oślepiał go, ale żył…
Żył!
Nie do końca był tylko pewien czy mężczyzna na którego spadł przeżyje. Musiał przekonać się jak najszybciej.
O Boże, o Boże, o Boże… żeby tylko żył. Żeby żył…chyba sobie nie daruję jeśli coś mu się stanie!
Przerażone ciemne oczy wlepiały się w niego w oszołomieniu, kiedy niezbyt delikatnie, skostniałymi, obolałymi dłońmi zgarnął śnieg z twarzy najprzystojniejszego mężczyzny jakiego kiedykolwiek widział na oczy. Zatkało go.
Mężczyzna oddychał, a nawet mamrotał lekko przytłumionym głosem, w końcu zaczął się pod nim wić.
Fala ulgi zalała go tak szybko, że praktycznie stracił przytomność, od nagłego uderzenia krwi do mózgu.
Obaj żyli.
OBAJ ŻYLI!
Mike tylko jedną myśl miał w głowie jak zaciętą taśmę.
– Jestem gejem…
Nie do końca było wiadomo który z nich bardziej był zdziwiony. Michael Walkers po raz pierwszy wyznający to na głos, schrypniętym, przepełnionym strachem głosem czy wykrzywiony bólem, jęczący i krztuszący się nieznajomy.
Ciemnowłosy mężczyzna znieruchomiał, kiedy w końcu dotarło do niego znaczenie słów, które usłyszał i ponownie przyjrzał mu się walcząc o oddech.
– Super! Ja też! Co w związku z tym? – Wycharczał,  ponownie próbując się wyswobodzić z pod jego ciała. Niewiele mniejszy, ale najwyraźniej szczuplejszy niż prawie stukilogramowy Mike, miał problem z zaczerpnięciem głębszego oddechu. Mike jak porażony prądem poderwał się, zsuwając się ze swojej ofiary, jednocześnie zrywając z siebie czapkę i sztuczną brodę. Panika na nowo zalała jego umysł.
– O mój Boże! O mój Boże! Przepraszam! Jezu słodki… Mój Boże. – Klęknął przy leżącym bojąc się go nawet dotknąć. Nieznajomy zwinął się w kłębek znów kaszląc i plując. – Jezus Maria! Tak mi przykro! – Powtarzał w kółko próbując zdecydować w oszołomieniu czy powinien pobiec do domu, aby zadzwonić po pogotowie, czy raczej zostać przy zwijającym się z bólu mężczyźnie. – Zaraz wezwę ambulans. Czekaj! Wszystko będzie dobrze! To nie potrwa długo. Tylko się trzymaj!
– Nie. – Wychrypiał mężczyzna łapiąc go za rękę zadziwiająco mocno. – Nic mi nie jest.
– Boże! Jak to nic panu nie jest! Skąd pan może wiedzieć?! Może mieć pan wstrząs mózgu, albo coś połamane. Nie powinien się pan ruszać! BOŻE! To mogą być obrażenia wewnętrzne!  – Mike czuł jak panika zaciska na nim lodowate palce. Sam już nie czuł żadnego bólu. Wszystko jak ręko odjął, kiedy uświadomił sobie, że nie tylko mógł sam zginąć, ale na dodatek poważnie okaleczyć drugą osobę. Leżeliby połamani, z roztrzaskanymi głowami na mrozie, dopóki ktoś nie znalazłby ich na drugi dzień. Realizacja tego, sprawiła, że świat zawirował mu przed oczyma. Tylko głośny okrzyk nieznajomego przywołał go z powrotem do rzeczywistości.
– KURWA JAK TO BOLI!!! – wrzasnął brunet, starając się bez powodzenia podnieść. – To chyba tylko żebra. Są stłuczone. Nie sądzę, abym sobie coś złamał.
– Nie! – Mike prawie rzucił się na niego, aby go powstrzymać. – Nie wstawaj! To niebezpieczne!
– Najbardziej zagrożone w tym momencie są moje jaja – parsknął, starając się odepchnąć od siebie wielkiego osiłka, Jay. – Zaraz je sobie odmrożę na tym mrozie!
– Jezu! Przepraszam! – Mężczyzna odskoczył na bok i klękając po raz kolejny nad Jay’em, ostrożnie pomógł mu się podnieść do pozycji siedzącej.
– Ooch…och, umm…ach. Tak…uffff… spoko, wszytko ok. Po prostu pomóż mi – wystękał Jayson widząc, że tamten znów ma ochotę pchnąć go, aby leżał.
– Nie wiem co robić! – przyznał Michael przeczesując swoją zmierzwioną czuprynę obiema rękami.
– Zaprowadź mnie do domu… – Zasugerował delikatnie poszkodowany, starając się pozbierać psychicznie i fizycznie po całym tym nieoczekiwanym wypadku. Przyznać jednak musiał, że nie jest w stanie poradzić sobie bez pomocy. Nie był nawet pewien czy nogi go utrzymają. Niepewne, zdezorientowane spojrzenie pochylającego się nad nim przystojnego Mikołaja uświadomiło mu, że facet nie wie o czym on mówi. – Nazywam się Jayson Layland i moi rodzice mieszkają tu. – Skinął głową w stronę drzwi wejściowych.
– O cholera! – Mężczyzna zachłysnął się z zaskoczenia.
Jay mogąc już skupić się na czymś więcej niż tylko żelazna obręcz ściskająca jego żebra i wyciskająca jego wnętrzności przez odbyt, spojrzał po raz kolejny na sprawcę całego zamieszania. Facet wyglądał jak przerażony, zagubiony Bambi z szeroko rozwartymi, ślicznymi ciemnymi oczyma. Światła padało na nich akurat tyle, aby się w nich odbić i pozbawić Jay’a koncentracji.
O czym to oni…
Aaa… odmroził sobie właśnie tyłek, a wyglądało na to, że jeszcze może z niego zrobić użytek.
Natychmiast i automatycznie wymierzył sobie solidnego mentalnego kopa, poprawiając potężnym klapsem, za samo myślenie w ten sposób. To właśnie miedzy innymi jego ‘wewnętrzna szmata’ wpędziła go w połowę kłopotów które miał. Całą resztę miał, bo był idiotą.
– Tak, o cholera – wymamrotał. – Lepiej bym tego nie ujął. – Wolno i ostrożnie z wstrzymanym oddechem zaczął się powoli unosić. Miał już dość śniegu i wilgoci. Istniała poważna obawa, że jego spodnie zamarzły, a dokładniej rzecz biorąc przymarzły do jego tyłka. Co nie było przyjemnym doświadczeniem. Jego skórzana kurtka teraz już była z całą pewnością sztywna jak zbroja.
Mike zerwał się i praktycznie uniósł go w swoich dość potężnych ramionach obawiając się, że może upaść albo coś i znów zrobić sobie krzywdę.
No, w każdym bądź razie większą niż do tej pory.
Jayson musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Na szczęście nie wymyślono jeszcze tortur, które wydobyłyby z niego to zeznanie.
Puchaty, miękki Mikołaj wolno i wyraźnie niechętnie opuścił go, i pozwolił stanąć na własnych nogach, kiedy uznał sapnięcie Jay’a za protest.
– Drzwi są otwarte – powiedział skrępowany, machając w tamtym kierunku ręką. Lekko zażenowany mocno objął Jaysona w pasie i zaczął holować go do wejścia. – Byłem zostawić zakupy zanim jak kretyn wlazłem na dach w całym tym wdzianku – paplał nerwowo. – Powinienem był poczekać. Albo przynajmniej się przebrać… ale nieeee… nie wiem co mi strzeliło do głowy…
Jayson zmrużył oczy zasłaniając się przed, nagle zapalonym przez swojego towarzysza, światłem. Niewiele potrafił dostrzec na początku, a już z całą pewnością nie bardzo potrafił nadążyć za trajkotaniem pomagającego mu faceta, ale i tak zachłysnął się na widok niezmienionego od lat dużego holu. Z nadzieją zerknął w bok, gdzie były drzwi prowadzące do salonu i kuchni, które stały teraz otworem. Mimo, że wewnątrz było niewiele światła padającego z wielkiego żyrandola w holu, od razu wiedział, że mógłby przez niego przejść z zamkniętymi oczyma i się nie potknąć ani razu. Na pamięć znał każdy zakamarek tego domu.
– Chodź położyć się na kanapę. – Mike starał się zdecydować co właściwie powinien zrobić. Miał ochotę usiąść i schować głowę w dłoniach, udając, że wcale go tu nie ma. Nie mógł jednak tego zrobić. Przede wszystkim powinien się opanować i odzyskać swój stoicki spokój, i wreszcie zapanować nad niekontrolowanym drżeniem nóg. Wypadałoby też chyba, aby upewnił się co do stanu zdrowia człowieka, którego niemal wprasował w ziemię. – Pomogę ci zdjąć kurtkę i bluzę, bo chciałbym zobaczyć czy nic ci na pewno nie dolega. Nawet nie protestuj – zawołał zanim Jay zdołał otworzyć usta. – Albo to, albo wzywam lekarza…?
– Okej, okej…  – Jay wiedział kiedy się poddać, a brak możliwości wzięcia wystarczająco głębokiego oddechu, aby się kłócić to chyba był ten moment. Nie sądził jednak, żeby był poważnie ranny. Może lekko przytajony i trochę wstrząśnięty, ale z całą pewnością nie groziło mu żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo.
– Dobrze. Daj.
Nie bez małych oporów mokra kurtka Jaysona znalazła się na podłodze. Zanim zdołał się połapać już stał drżąc z zimna w czarnych bokserkach, skarpetkach, i lekko przykusej podkoszulce, którą miał pod bluzą z kapturem. Jak nastolatek pierwszy raz rozbierający się przez mężczyzną nie wiedział co zrobić z rękoma. Zasłanianie krocza jednak wydało mu się głupie. Zwłaszcza, że wzrok jego towarzysza zdawał się go pieścić, wolno i skrupulatnie sunąc po jego ciele.
– Z–z–z–ziimmnnoo m-m-mi – wymamrotał szczękając zębami, w końcu decydując, że idiotycznie się czuje jako jedyny rozebrany w pokoju.
– O cholera! – Mike walnął się w czoło otwartą dłonią, wyraźnie zmieszany. Jak strzała pognał do gazowego kominka zdobiącego ścianę główną i włączył go. Potem pogalopował do termostatu i podkręcił dodatkowo ogrzewanie, cały czas włączając po drodze lampki. W końcu wpadł do kuchni i moment później elektryczny czajnik zaczął syczeć przyjemnie.
Drżąc w dalszym ciągu praktycznie niekontrolowanie, Jayson wodził zszokowanym wzrokiem za mężczyzną. Poruszał się po domy z pewnością siebie stałego bywalca. Najwyraźniej czuł się jak u siebie, choć on osobiście bladego pojęcia nie miał kto to był. Pewne było, że musiał bywać tutaj bardzo często. Dziwne uczucie ścisnęło mu żołądek.
I co do cholery robił na dachu jego pustego, ciemnego domu w stroju Świętego Mikołaja?
Niedorzeczne, dziecinne i lekko zabawne podejrzenie, które przyszło mu do głowy wyparł natychmiast, parskając na samego siebie ironicznie. Był idiotą.
Święty Mikołaj nie istnieje! Phi!
Mike zaniepokojony przybiegł natychmiast z ręcznikiem i starym kocem jego matki w rękach.
– Dobrze się czujesz? – zapytał z przejęciem, jednocześnie tarmosząc go za koszulkę.
Tym razem Layland poczuł się w obowiązku zaprotestować. Chwycił rąbek koszuli i obciągnął prawie do kolan. Zignorował też rumieniec zalewający jego dekolt i szyję.
– Whoaha… spokojnie. Momencik. – Kiedy zaskoczony Mike znieruchomiał, patrząc na niego prawie ze strachem, Jay zmiękł. Całe powietrze z niego uleciało. Tak jak i zazdrość, choć nie wiedział z czego się brała. – Może się choć przedstawisz zanim mnie rozbierzesz?
– O! – Mikołaj zawołał rozdziawiając z zaskoczenia usta. Nieśmiały, zażenowany uśmiech wypłynął na jego lekko różowe, ponętne wargi. Odpowiedział cicho, rzucając mu nieśmiałe spojrzenie spod długiej firanki miodowych rzęs. – Przepraszam. Całkiem o tym nie pomyślałem. Nazywam się Michael Walkers. I choć to pewnie banalnie zabrzmi… jestem synem sąsiadów.
Jayson uśmiechnął się, jakby mimo swojej woli.
Przecież on nadal mógł być maniakalnym mordercą, prawda?
– Walkers? Chyba nie kojarzę…
– To dlatego, że wprowadziliśmy się jakiś rok temu. Pani Carla Moor sprzedała nam dom po śmierci męża i przeprowadziła się do brata. – Mike wzruszył ramionami najwyraźniej wyczerpując temat. Nie chciał ryzykować wściekłości Jay’a jeśli by przez przypadek parsknął, że wiedziałby gdyby częściej kontaktował się z mamą. – Zdejmuj to. – Zażądał sam dziwiąc się własną stanowczością i śmiałością. Nie chciał jednak tego analizować w tym momencie. Zwłaszcza, że najwyraźniej zaskoczył swojego gospodarza tak iż ten nie protestował, kiedy stracił koszulkę. – O cholera!
Okrzyk Mika sprawił, że również Jayson spojrzał na swoje obite, lekko otarte i posiniaczone żebra. Cała jego szczupła, lekko muskularna pierś wyglądała jakby zderzył się… no cóż ze spadającym człowiekiem.
Rano to będzie bolało jak sam skurczybyk.
– Nie jest źle – zapewnił tak siebie jak i nagle blednącego towarzysza. – To tylko tak wygląda…
– Tak mi przykro – Michael nieświadom własnego ruchu przesunął palcami po zaczerwienionym i obitym ciele, wodząc po nim delikatnie i z fascynacją. Dopiero gęsia skórka, która obsypała ładnie zdefiniowaną, gładką pierś Jaysona, przykuła jego uwagę do tego co robi. Zaczerwieniony tak, że mógł konkurować z kolorem swojego kostiumu, chwycił koc i owinął stojącą spokojnie, lekko trzęsącą się postać. Zaledwie ostatkiem woli i rozsądku, udało mu się zwalczyć jęk żalu, kiedy kremowobiała skóra i piękne ciemnoróżowe, zmienione w kuszące czubeczki sutki, zniknęły z jego pola widzenia.
Musiał się wziąć w garść!
– Spokojnie. – Jayson siadł na kanapie z ulgą. Cieszył się, że będzie mógł ukryć reakcję swojego ciała na rozpalone spojrzenie, którym obdarzył go Michael. Już mu nie było nagle zimno. Za to czuł, że drżenie z zewnątrz przeniosło się do jego wnętrza. Nie pomogło sytuacji to, że większy mężczyzna uklęknął przed nim i z wigorem zaczął wycierać jego ciemnobrązowe włosy, nadal jeszcze lekko przymrożone, ale już topniejące od ciepła. Byli tak blisko siebie, że ich oddechy się mieszały.
To było jednocześnie żenujące i przyjemne. Przez ułamek sekundy ich oczy się spotkały i napięcie, które się wytworzyło z powodu tego jednego spojrzenia, onieśmieliło ich obu.
– Czego byś się napił? – Mike zaróżowiony po uszy, opuścił spojrzenie, żałując w duchu, że koc tak szczelnie okrywa ciało Jaysona, na które nie miał okazji się napatrzeć. Nawet nie śmiał marzyć, że następna taka okazja mu się nadarzy. O decyzji, którą podjął spadając nawet nie chciał myśleć. – Kupiłem mleko, jajka, pieczywo i kilka innych drobiazgów na przyjazd twoich rodziców. Twoja mama mówiła, że wszystko inne już dawno ma kupione. – Wskazał wielką choinkę w rogu. – Przywiozłem drzewko, abyście mogli je razem dziś ubrać, ale… – Spojrzał na milczącego, sztywno siedzącego Jaysona. Jego mina nie wyrażała nic. Co chyba było najbardziej przerażające. – Ale nie przyjechali… przepraszam, nie wiem co się stało.
– Śnieżyca – wymamrotał w końcu Jay. Zagubiony i przytłoczony nagle. Jego rodzina najwyraźniej miała godnego następcę na jego miejsce. Przystojnego i najwyraźniej troskliwego. Co on właściwie tu robił? Widząc, że Mike marszczy brwi, dodał tonem wyjaśnienia. – Nie mogą wyjechać od dziadków. Utknęli tam… prawdopodobnie na całe święta. – Przełknął ślinę, przez nagle, zaskakująco suche gardło. – Nikt nie chce pracować w taki czas… nie powinien musieć…
– O!… och… tak mi przykro. – Mike zamrugał zaskoczony. Cokolwiek Jay czuł było chyba bardzo bolesne, bo jego twarz zapadła się i spochmurniała. Miał ochotę go przytulić, pogłaskać przygarbione plecy. Ucałować jego lekko drżące, nadal sine usta i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. – Może jednak uda im się wrócić.
– Po co? – Jay odsunął od siebie ręce Mike’a i ręcznik. Chciał, aby całkiem się odsunął. Nie chciał współczucia. Nie chciał mieć pięknego mężczyzny u swych stóp. Bo dla niego, choć to był pierwszy taki przypadek, to jednak nigdy nie kończyło się dobrze. – Lepiej jak tam zostaną i spędzą udane, spokojne święta, a nie podróżują kilka godzin, tylko po to, aby przygotowywać tutaj wszystko na szybko…
Michael niechętnie uniósł się i gestem nakazał położyć się Jay’owi na poduszkach kanapy. Nie wiedział co powiedzieć. Smutek jego towarzysza ściskał go za serce. Szybko i skutecznie opatulił go kocem, choć tamten protestował i parskał, że sam się może o siebie zatroszczyć.
– Czego więc się napijesz? Kawy, herbaty z cytryną, kakao? – zapytał, wycofując się do kuchni. Potrzebował momentu w samotności, aby pozbierać na tyle, żeby móc logicznie myśleć i to nie na temat tego jak bardzo podobał mu się ten lekko gburowaty, zagubiony mężczyzna.
– Burbona, wódki, może być whisky – padła ponura odpowiedź.
– O nie. Niestety to by było nierozsądne. – Mike zaprotestował automatycznie. – W razie konieczności, nie mógłbyś wziąć żadnych środków przeciwbólowych.
– Cholerny świętoszek… – Jay wyszeptał za znikającą postacią.
Tacy byli najgorsi. Piękni. Idealni. Zazwyczaj zajęci, albo niewierni. Zbyt nadęci i zarozumiali dla własnego dobra. Przyjechał do domu, aby wyrwać się z bezsensownego kręgu seksu, nieudanych związków, zdrad i niepewnego jutra. Beznadzieja zżerała go od środka. Beznadzieja i wstyd. Był płytkim, pustym człowiekiem. Jedyne co miał to wielkie mniemanie o sobie. I jak to się dla niego skończyło? Wrócił do domu z podwiniętym ogonem.
Do domu w którym najwyraźniej już ktoś inny zajął jego miejsce. Nie potrafił się nawet zmusić, żeby czuć coś więcej niż smutek.
Michael z lekkimi rumieńcami wywołanymi ciepłotą, którą odczuwał w swoim obszernym kostiumie, wniósł do salonu tacę z parującymi kubkami.
– Napij się, żeby się rozgrzać. Ja skoczę do domu założyć na siebie normalne ubranie i zaraz wracam. Nie ruszaj się z kanapy – zarządził stanowczo, nie mogąc się jednak zmusić, aby spojrzeć w oczy Jaysona. – To na wypadek, gdyby zakręciło ci się w głowie, więc się nie sprzeczaj. Ja będę dosłownie za pięć minut i zrobię ci coś do jedzenia.
Wypadł z domu zanim Jay tak na dobrą sprawę miał okazje zaprotestować.
W końcu był w stanie sam zająć się sobą.
Z głuchym jękiem usiadł, przytrzymując swoje protestujące żebra i opatulając się ściślej kocem, ruszył do swojego dawnego pokoju. Miał nadzieję, że jeszcze jest jego. Może już dawno został przerobiony na składzik? W końcu nie był w domu pięć lat. Zaraz po skończeniu szkoły średniej wybył w wielki świat wierząc, że go może zawojować. Że potrzebuje w swoim życiu czegoś więcej niż miało do zaoferowania małe, zapyziałe miasteczko. No może, nie takie małe. Dwadzieścia pięć tysięcy ludzi to nie tak mało w końcu. Jemu jednak wydawało się, że potrzebuje przynajmniej pół miliona nieznajomych, aby być szczęśliwym.
Połowa domu była przeznaczona na sypialnie. Wielka, przestronna z małą łazienką dla jego rodziców. Druga zaraz po prawej dla jego małej siostry, łazienka i pokój dla niego. Druga połowa domu to była przestronna kuchnia z wielkim stołem, oddzielony wysokim blatem salon i pokój rekreacyjno–gościnny. Nic się nie pozmieniało. Może tylko z wyjątkiem kolorów ścian i zasłonek. Dywan w holu też był nowy.
Dech w piersi mu zamarł, gdy otworzył drzwi do swojego pokoju. Oczy zapiekły, rozmazując widok. Nic się nie zmieniło. Równie dobrze mógł wyjść rano do szkoły lub pracy, a nie pięć lat temu ze złością i krzykiem: jaki to niezrozumiany, stłamszony i dorosły był. Dziś w wieku dwudziestu trzech lat czuł się jak dzieciak. Głupi, zarozumiały dzieciak, który nie miał szacunku ani dla swoich rodziców, ani dla samego siebie.
Znieczulając się na ból, całkiem już nie fizyczny dręczący jego dusze, upuścił koc na podłogę i poczłapał do łazienki. Zimno kafelek mogło konkurować z zimnem jego przemarzniętych stóp. Nie spojrzał w lustro wyjmując puszysty ręcznik z szafki. Nie miał na to sił. Wszedł pod prysznic zanim woda zdołała się nagrzać, ale było mu wszystko jedno. Gdzieś tam kołatało mu się po zakamarkach umysłu, że tak się powinno robić, gdy ktoś przemarzł. Zbyt ciepła woda mogła być niebezpieczna w takich sytuacjach. On po prostu chciał z siebie spłukać zapach strachu i zmęczenie zaciskające jego mięśnie w ciasne knoty.
Nigdy chyba jeszcze nie był tak przerażony jak w momencie kiedy zobaczył Świętego Mikołaja… tfu… Michaela Walkersa spadającego z dachu jego domu. Wszystkie najgorsze scenariusze przeleciały mu przez mózg jak zawieja śnieżna. Oczyma wyobraźni widział go leżącego na dole z wykrzywioną groteskowo głową, pod nierealnym kątem i z rozrzuconymi na boki rękami i nogami. Dziewiczo biały śnieg znaczyła ciepła, parująca czerwona krew.
Był posrany ze strachu.
Myślał tylko o tym, co zrobić, aby go ocalić.
Na myśl mu nie przyszło, że w ostatecznym rozrachunku to on będzie bardziej poobijany.
Nie żałował jednak tego co zrobił. Nie wybaczyłby sobie, gdyby nie pomógł. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu był z siebie dumny.
Cholera, zaś wychodziła na wierzch jego arogancja i zarozumiałość.
Każdy inny zrobiłby to, bo tak trzeba. A on się nadymał, jakby nie wiadomo co takiego zrobił.

Był żałosny

Ubranie stroju Świętego Mikołaja nie było łatwe. Zwłaszcza bez pomocy. Gruby piankowy kombinezon wkładany pod kostium miał imitować pełniejsze kształty postaci. Wuj Mike’a do którego należał w oryginale, miał jednak większy… mięsień piwny i stąd pomysł z jego ukochanym jaśkiem. Teraz wydobycie się z niego było równie skomplikowane.
Tym bardziej, że Michael spieszył się. Drżał o zdrowie i bezpieczeństwo Jaysona, i obawiał się zbyt długo pozostać z własnymi myślami. Śliski, lekko wilgotny materiał stawiał opór. Szeroki pas przytrzymujący jego poduszkę za nic nie chciał się rozpiąć, a wysokie buty utknęły na dobre. Już sam nie wiedział od czego zacząć rozbieranie. Miał wszystkiego dość.
Był zmęczony, spocony, głodny i obolały wewnątrz. Miał serce w gardle od chwili w której ujrzał rozebranego Jaysona Laylanda i z przerażenia drżały mu kolana. Szczupły i muskularny mężczyzna, sprawiał wrażenie pewnego siebie, wręcz aroganckiego. Wiedział, że ze swoimi długimi do podbródka, potarganymi włosami, kwadratową, przystojną twarzą i idealnie wystylizowaną cienką bródką okalającą jego żuchwę i podbródek, był seksowny i kuszący. Przeraźliwie jasnoszare oczy wwiercały się w człowieka, kiedy zerkał ze zmarszczonymi brwiami. Proste i dość grube nadawały mu gburowatego wyglądu. Nie zmieniało to faktu jednak, że był idealny w oczach Mika. Piękny, seksowny, wspaniale zbudowany. Wielka gula tkwiła mu w gardle i nie dało rady jej się pozbyć, bez względu na to ile razy przełykał, kiedy wyobraźnia podsuwała mu obrazy, jak wolno i kusząco ściągał mu bokserki wzdłuż długich, lekko pokrytych ciemnym włosem nóg.
Podniecenie, bolesne i niespodziewane uderzyło w jego ciało jak świąteczny tir coca-coli. Miał ochotę zabronić sobie. Odruchowo. Z przyzwyczajenia. Chciał udawać, że nic nie czuje. Był przerażony i zażenowany. Nawet gdyby chciał zadziałać, jak podpowiadała mu wyobraźnia, nie wierzył, że jest wstanie pokonać niepewność i obawy.
Był zagubiony…
W końcu walcząc ze łzami cichaczem napływającymi mu do oczu usiadł ciężko, na łóżku w swoim pokoju. Niemal takim samym jak Jaya.
Głowa ciążyła mu, a oczy podejrzanie piekły, więc zamknął je i wspierając się na rękach, ukrył twarz w obolałych, obdartych dłoniach. Nie miał zamiaru płakać. Chciał tylko pokonać zawrót głowy. Już nie było czego się bać.
W końcu przecież żył!
A mógł umrzeć. Mógł spaść tak nieszczęśliwie, że skończyłby sparaliżowany, na łasce i opiece innych. Mógł zabić drugiego człowieka.
Nie uspakajało jego sumienia to, że przecież nie zrobił tego specjalnie. Że wypadki się zdarzają. Myśl o tym, co przeżyliby jego rodzice i rodzeństwo było przytłaczające. Cierpieliby, bo zachował się nieodpowiedzialnie. Bo wydawało mu się, że wszystkiemu powinien podołać sam, jeśli ma zasłużyć na szacunek.
Czy to nie było jednak szczytem ironii, że chciał szacunku, choć sam nigdy nie miał dość honoru i odwagi, aby przyznać kim jest?
Być może całe życie nie mignęło mu przed oczyma, ale za to mignęło mu to wszystko co już go mogło nigdy nie spotkać. Na co już nie będzie miał szans jeśli umrze.
Odkąd skończył piętnaście lat wiedział, że coś jest z nim nie w porządku. Nie chciał się jednak z tym pogodzić. Walczył ze sobą, bo w swoim buncie i w swojej złości uznał, że należy mu się wybór.
Nie chciał być gejem i nie zamierzał.
Teraz parskając cynicznym śmiechem nad własną głupotą wykaraskał się w końcu z kostiumu. Otarł mokre od cichych łez policzki, przy okazji pozbywając się śnieżnobiałych sztucznych brwi i wąsów. Całkiem o nich zapomniał. Pewnie wyglądał jak totalny idiota. Zrezygnowany wciągnął na siebie pierwszą z brzegu kraciastą koszulę i stare sprane jeansy. Nie kłopocząc się skarpetkami wciągnął addidasy i ruszył do lodówki. Chwytając miskę z zapiekanką, którą zostawiła dla niego matka, ruszył do sąsiada.
Musiał nim się zaopiekować. Tylko tak było fair.
Za tydzień ciąg dalszy 😀 Zapraszam serdecznie 
SPOILER:
Rozdział drugi  
„Pierwszy rzut oka na wracającego Michaela i serce Jaya stanęło na moment. Nie tylko serce. Jego członek zesztywniał w takim tempie, że cudem było, że jego serce w ogóle miało jakąkolwiek krew do przetłaczania.
Ciemnoblond włosy mężczyzny, dłuższe na górze, z grzywką lekko opadającą na bok, z tyłu i po bokach krótko przycięte, poznaczone były rozjaśnionymi słońcem pasemkami. Lekko okrągła twarz z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi nadal była opalona, a ciemne wyraziście zrysowane brwi i maleńka zadziorna bródka, zdobiąca jego szczupły podbródek,  nadawała mu lekko niesfornego wyglądu. Tylko wielkie ciemnobrązowe oczy zdradzały niepewność i zażenowanie.
Jayson jak w transie przesunął wzrokiem po całej do tej pory ukrytej przed nim sylwetce.
Ciało Mika było czystą perfekcją. Jeśli do tej pory nie miał swojego ideału to właśnie znalazł. Z hukiem, krzykiem i werblami w jego skołatanej głowie. Wysoki, potężnie zbudowany, ale nie przesadnie muskularny promieniował siłą. Trudno było się dopatrzeć na nim choć grama zbędnego tłuszczu. Wręcz przeciwnie, wszędzie był odpowiednio zaokrąglony. Długie nogi o silnych udach do perfekcji wypełniały najciaśniejsze, najcieńsze jeansy jakie na oczy widział. Wszystkie wypukłości, i wklęśnięcia, a już szczególnie idealnych rozmiarów krocze, było wręcz perwersyjnie kusząco wyeksponowane. Pierś rozpychała ciemnoniebieską kraciastą koszulę. Podchodząc do niego poruszał się lekko i zwinnie. 
Jay musiał przytrzymać blatu kuchennego, aby nie ugięły mu się kolana.
– Miałeś leżeć – Mike mruknął z wyrzutem, przyglądając się mu uważnie, aby się upewnić, że wszystko w porządku.  – Miałem przeczucie, że będziesz sprawiał problemy…
                                                                                                    „

Dla was na święta

Nie wiedziałam do wczoraj czy napiszę świąteczne opowiadanie, ale jednak natchnienie samo mnie znalazło.

Kocham święta i byłabym rozczarowana, gdybym nie wymyśliła nic co oddałoby magię tego czasu.

Dlatego też

Święta jak z obrazka

powstaną dla was jeszcze przed świętami

Jayson Layland miał nadzieję, że święta z rodziną pozwolą mu się pozbierać po niepowodzeniach jakie spotkały go w prywatnym życiu. Chciał nazbierać odwagi, aby przyznać się, że jego własna arogancja ugryzła go w tyłek. Że potrzebował wsparcia, aby zacząć wszystko od nowa.

Niestety tak jak wszystko co ostatnio działo się w jego życiu tak i powrót do domu jest nie całkiem udany. 

Jego auto zepsuło się. Praktycznie zamarzł w drodze. A kiedy już dotarł, zamiast śmiechu, radości i świątecznych zapachów – przywitała go ciemność i pustka.

Prawie jak sparaliżowany strachem przed samotnymi świętami stał pod rodzinnym domem.

Ostatnią z rzeczy jednak jakich mógłby się spodziewać było to, że wprost z nieba spadnie mu pod nogi…

Święty Mikołaj!

 

Michael Walkers miał nadzieję, że się wyrobi zgodnie z obietnicą i da radę zamontować światełka na domu sąsiadów zanim wrócą. Nic jednak nie poszło zgodnie z planem i w stroju Świętego Mikołaja musiał wdrapać się na dach, aby naprawić niewielką awarię. 

Kiedy przerażony, w szoku, z sercem walącym mu w gardle ze strachu zsuwał się z oblodzonych dachówek, bez możliwości ratunku – myślał tylko o jednym.

Jeśli przeżyje upadek wszystko zmieni w swoim życiu. A już zwłaszcza pokona strach i „wyjdzie z szafy” bez względu na to co powie jego rodzina i  przyjaciele.

Nie chciał umierać. Chciał mieć szansę na miłość…

Tym większy był szok mężczyzny na którego spadł i przygniótł, prawie zgniatając go na miejscu. Impet pozbawił go tchu, w uszach mu dzwoniło. A mimo to wyznał nieznajomemu:

…Jestem gejem… 

Mój chłopak jest gejem

 

Nowe opowiadanie już na was czeka!

Trzecia część serii

„Mój chłopak nie jest gejem”,

„Mój chłopak nie jest gejem… nadal”

pod tytułem

„Mój chłopak jest gejem”

właśnie ukazał się na moim blogu.

Dla zachęty mały fragmencik.

(…)

Matt zrobił wielkie oczy, sarkastycznie się uśmiechając.
– Nie ma czegoś takiego jak MY. Jestem hetero i zamierzam się ożenić. Sorry naprawdę, ale nie interesujesz mnie… – Z większą powagą dodał, nie patrząc w oczy Donowi. – Możemy jednak się przyjaźnić…
Nagle przypomniało mu się o bluzie, więc odwrócił się do wnętrza altanki i przez moment szamotał z zamkiem, traktując to jako wymówkę, aby nie musieć patrzeć w twarz stojącego cicho mężczyzny. Kiedy wreszcie udało mu się pokonać oporne zapinanie i chciał zdjąć bluzę, Don znalazł się przy nim w mgnieniu oka i złapał go za poły. Pchnął go na futrynę drzwi i pocałował, forsując sobie drogę do jego ust językiem, jednym silnym, stanowczym ruchem.
Matt zdrętwiał, zachłystując się powietrzem. Niedowierzanie i szok sparaliżowało go. Jego mózg jedyne na czym mógł się skoncentrować to gorący język i słodycz wypełniającą jego usta. Don całował go głęboko i mocno właściwie nie dając szans na reakcje. Całym ciałem przypierał go do twardego drewna i Matt mógł myśleć tylko o tym, ile siły w wielkich dłoniach posiadał zniewalający go mężczyzna. Zapach znów wypełniał jego zmysły, a niepowtarzalny smak już na zawsze utożsamiany przez Matta z Donatello, wywoływał u niego ślinotok. Jego usta uległy rozchylając się coraz bardziej, a język żył własnym życiem, odpowiadając na uwodzicielski taniec. Miał ochotę jednocześnie przyciągnąć Dona do siebie jeszcze bardziej i odepchnąć. Nie zrobił nic, pozwalając się całować do utraty tchu i równowagi. Śliski, giętki organ wypełniał nie tylko jego usta, ale i umysł. Każde muśnięcie, każda pieszczota przyprawiała go o zawrót głowy. Nie mógł ani myśleć, ani zaprotestować.  Nie mógł nawet sobie przypomnieć dlaczego miałby się opierać. Całe jego ciało wibrowało od nagromadzonych emocji.
Wielki wzwód wbity w jego brzuch oderwał w końcu jego myśli od maltretujących  jego usta miękkich, ale nieustępliwych warg. Ze stłumionym w gardle jękiem naparł na twardą muskularną pierś. Podobny dźwięk zawibrował pod jego palcami. Don jeszcze mocniej przycisnął do niego usta i wypchnął biodra wbijając swojego twardego penisa w jego własne pobudzone ciało. Przytulił go z całych sił, unieruchamiając na ułamek sekundy i pogłębiając pocałunek.
Równie szybko i niespodziewanie wypuścił chwiejącego się Matta z uchwytu, i odsunął się od niego. Jego zielone oczy pałały w świetle księżyca, a opuchnięte usta lśniły.
– Teraz możemy się przyjaźnić… – wyszeptał ochrypłym z pożądania głosem. Odwrócił się na pięcie i biegiem rzucił się w stronę brzegu. Parę sekund później zniknął między drzewami, równie niespodziewanie jak się pojawił.
Matt zjechał po futrynie siadając na podłodze. Drżące nogi nie były w stanie go utrzymać. Był rozpalony, napalony i wściekły.
I chciało mu się płakać. (…)

http://www.akfa-dreamlandpress.blogspot.com